Piotr Siuda niedawno podchwycił moje wynurzenia na temat popkultury, które znaleźć możecie poniżej. A więc czymże ta popkultura jest? - że mi wolno będzie to pytanie powtórzyć. Otóż - niestety nie zmieniam zdania - jest wszystkim tylko nie kulturą. Jest to po prostu produkt, co najwyżej aspirujący do miana elementu kultury, tak jak elementem kultury jest widelec, płyta gramofonowa czy kamienna kolumna. Dopiero odpowiedni namysł nad nimi sprawia, że kultura staje się możliwa i odpalają się różne piękne procesy, które socjologia i antropologia z namaszczeniem bada. Tyle, że popkultura do takiego namysłu ani myśli nas zachęcać, bo nie leży to w jej interesie.
Niedawno na zajęciach z moimi studentami zastanawialiśmy się nad "kulturami" szympansimi. Dumaliśmy nad ich sposobami rozwalania kopców termitów, grzebania tu i tam patykami (proto-narzędzia!) i innymi ciekawostkami, które na pozór świadczą o zdolnościach kulturotwórczych. Ale czy na pewno? Problem z przyznaniem małpom statusu twórców kultury polega na tym, że ich "kultura" absolutnie NIE JEST PODZIELANA. Nie jest wytworem stricte społecznym. Każda strategia zachowania jest wynajdywana od początku przez każdego szympansa z osobna. Mówiąc prościej, nie ma sytuacji, że małpa bierze jedną, prowadzi i "mówi": teraz rozwalę ten kopiec a ty się przypatrz i się naucz. Nie. Każda robi to od nowa. A że całe stado sobie to tak "indywidualistycznie" przyswaja to jeszcze nie powód, żeby entuzjaści szympansich kultur mieli rzeczowy argument, bo najpewniej nie mają. To po prostu grupowa samo-tresura i tyle. Gdybyśmy mieli do czynienia z kulturą, małpa nie musiałaby uczyć się sama, tylko nauczyłyby ją inne małpy. Koronnym dowodem w tym sporze wydaje się fakt, że kultury małp nie ewoluują. Inaczej: NIE MA TRADYCJI ROZPIEPRZANIA KOPCÓW. Nie ma, że kiedyś to rozwalało się je łapą, potem nogą, a teraz jeszcze inaczej, mianowicie z bańki.
I tak sobie myślę, wracając do rozważań moich i Piotrka, ze z popkulturą w sumie, cholera, jest podobnie. Czy można mówić o tradycji popkultury? Mam wrażenie, że zjawisko to po prostu nie ewoluuje, nie zmienia się. Są pewne mody, jednak są one chwilowe, rozprzestrzeniają się błyskawicznie, ale równie szybko nikną. Czy są trendy, które przenikają, definiują popkulturę? Czy są prądy intelektualne, które uczą nas ją interpretować? Nie. Gdybyśmy chcieli pojechać Heglem, można by powiedzieć, że popkultura nigdy nie będzie sama siebie myśleć. Oj wiem, że ciężko to zabrzmiało. Popkultura to po prostu produkt. Owszem, zawiera całą masę znaczeń - i pozornie zbliża ją to do pojęcia kultury. Ale to mało. Nie możemy stworzyć popkulturowej tradycji, albowiem nie jest ona własnością wspólną, nie określa ram życia jakiejść grupy, choćby wirtualnej. Każdy z nas odkrywa popkulturę sam, samotnie w niej uczestniczy, przeżuwa, wypluwa, zapomina, a potem zabiera się za jakiś nowy gadżet, film, grę czy co innego. Co najwyżej - może stać się glebą, na której zjawiska kulturowe wyrosną, ale sama w sobie kultury nie stanowi. Możemy być zamknięci na cztery spusty w mieszkaniu, możemy zabarykadować się w domku na drzewie, zadekować się na jachcie na środku Oceanu Indyjskiego albo wylądować na bezludnej wyspie. Nieważne. Być totalnie sami. Jeśli jednak dostaniemy komputer, stałe łącze, telewizor i odtwarzacz DVD - będziemy pełnoprawnymi członkami popkultury, choćbyśmy do końca życia życia nie spotkali drugiego człowieka ani nie wypowiedzieli choćby jednego słowa. To jest kultura?
czwartek, 12 marca 2009
niedziela, 8 marca 2009
Zespół Marcinkiewicza
Tu nie ma winnych. Medialna burza wokół Marcinkiewicza wcale nie musiała być podsycana. Ona zrobiła się sama. Bo tacy są ludzie i takie są media.
Ten facet miał po prostu pecha: był i jest osobą publiczną. To wszystko. Śledząc tę nawałnicę doniesień, która rozpętała się zarówno w szanowanych mediach jak i siódmo-ligowych szmatławcach trudno się nie zastanawiać co tak naprawdę stało się jej powodem. Pośród rzesz komentatorów wyraźnie zaznaczyły się dwa obozy. Pierwszy z nich to oburzeni moralizatorzy, względnie zniesmaczeni złośliwcy. Wrzucić ich do jednego wora można bez mrugnięcia okiem z tego względu, ze ich reakcje są identyczne – krytyka postawy Marcinkiewicza (ojciec, mąż, ba, premier! Jak to tak?!) i wieszanie psów na wybrance jego serca. Drugi obszar to nieco stonowana – i zdecydowanie mniejsza – grupa, która widzi w nim ofiarę ciekawości mediów. Do owej grupy zalicza się rzecz jasna rzeczony eks-polityk wraz z narzeczoną. Obie grupy się mylą, prawda nie leży nawet pośrodku. Stało się tak, jak się stało, bo inaczej być nie mogło. Kazimierz i Iza nie schodzą z pierwszych stron tabloidów i portali bo nie było innego wyjścia. Takie mamy czasy i tacy są ludzie. To dwa czynniki o zupełnie różnej naturze, które, kiedy już wezmą się za bary – dają efekty w postaci podobnym kuriozów. Marcinkiewicz to mimowolna ofiara tych mechanizmów, przemożnych trybów, które jego historię wessały i przemieliły jak bezwolne mięso armatnie. Media i ludzka natura to przyczyny tego bałaganu. Zacznijmy od tej drugiej.
Czym jest zespół Marcinkiewicza?
Nie, to nie sztab piarowców, doradców czy innych podwładnych. To raczej propozycja nazwy dla zjawiska medialnego. Patrząc na przypadek Marcinkiewicza można rzec – nie on pierwszy, nie on ostatni. Mało to jest podstarzałych tatusiów, którzy w pewnej chwili zamieniają wygodne papucie na szpiczaste lakierki, wysłużoną fajeczkę na długaśne cygaro i idą w miasto, niesieni powiewem drugiej młodości. Ot, poczuł zew. Czy można mu się dziwić? Spójrzmy na jego przypadek okiem faceta, normalnego gościa, który ma jakieś zdanie na swój temat, który ma niezbędną odrobinę męskiej dumy, który czasem lubi się wyluzować z kumplami przy piwku, nie lubi natomiast jak go się wciąż wpycha do szeregu.
Wybierają cię na premiera. Cieszysz się, takie coś daje kopa. Głowę daję, że wzrasta od tego poziom testosteronu, na pierś sypią się dodatkowe kłaczki, wzrok się wyostrza a ramiona odruchowo wędrują do tyłu. A tu klops. Zamiast tego dowiadujesz się, że będziesz figurantem a za twoim stołem na stałe wkomponuje się niejawny polityczny zwierzchnik, szef twojej partii. Nie porządzisz. Media to zasugerują a miliony Polaków, choć zachwycą się gładką mową i przyjemną aparycją i tak pewnie pomyślą, że jesteś bez jaj. Nie będzie ci z tym miło. Starasz się zatem przyjąć pozę zwycięzcy i każdy sukces medialnie roztrąbisz. Jeżeli da się przy tym zmontować image luzaka – tym lepiej. Tymczasem efekt takich zabiegów jest mizerniutki – sławetne „yes, yes, yes” media i ludzie odbierają jako przykład najmniej spontanicznej reakcji w historii telewizji. Klapa. Harujesz zatem na swój wizerunek dzień i noc, otwierasz szkoły, grasz w piłkę, uśmiech nie schodzi ci z twarzy… Wszystko na nic. Zwierzchnik zza twego fotela decyduje się ciebie odsunąć do kąta i wziąć sprawy w swojej ręce. Cóż zdarza się. Ale czemu media robią aferę wokół potencjalnej fuchy dla ciebie? Nagle jesteś najsłynniejszym bezrobotnym w kraju, nawet w NBP ciebie nie chcą. Świat się śmieje. Znowu nie wyszło. A do tego doładuj sobie prawdopodobny kryzys wieku średniego. Jak to piszą w poradnikach – odczuwasz pustkę w życiu, powoli przekwitasz, no po prostu świat sprzysiągł się przeciwko tobie. Żaden facet tego nie lubi, prawda? Na domiar złego wciąż jesteś osobą publiczną i jeśli da się z tego zrobić widowicho – tym lepiej dla wszystkich, tylko nie dla ciebie. Zostałeś przeżuty, wyssany i wypluty przez politykę i media, a jak trzeba to zrobią to z tobą ponownie. Jesteś ofiarą zespołu Marcinkiewicza, nawet z Lepperem nie było tak słabo.
Pora na kontratak?
Cholera, trzeba sobie udowodnić, że nie jest jeszcze tak źle. Masz swoją dumę. Z pomocą… przychodzi matka natura. W końcu jesteś samcem, powinieneś zdobywać, usidlać, podbijać. Byłeś przecież premierem! Ostały się gdzieś jeszcze drobiny tej magii, tych nadwyżek testosteronu. Trzeba to wykorzystać…
Jaki jest dalszy ciąg historii – wszyscy wiemy. To naturalne. Zaświadczy o tym każdy antropolog do spółki z prymatologami i psychologami ewolucyjnymi. Męski samiec to umiarkowany poligamista. A to konotuje cały zestaw cech. Nie tylko oglądasz się za innymi kobietami zawsze i wszędzie, nie tylko masz ochotę na seks z niektórymi z nich, ale także jesteś naturalnie przystosowany do tego, by piąć się w górę w hierarchii (im wyżej, tym potencjalnie większa możliwość dostępu do samic). Jesteś naturalnym wojownikiem. Uwielbiasz być podziwiany. To z tego właśnie powodu u boku mężczyzn cieszących się pewnym stanowiskiem pojawiają się nieustannie kobiety, dla których ten jawi się jako potencjalny kandydat na ojca – majętny i stanowczy. Czy jest coś bardziej męskiego? Zaimponować całemu światu po całym tym spektaklu, którego Marcinkiewicz stał się najzwyklejszą ofiarą? Czy pokusa zrobienia wokół siebie małego szumu i odgryzienia się na otoczeniu doprawdy jest tak zdumiewająca? Moim zdaniem to ludzkie. Faceci tak funkcjonują.
Działania wokół całej tej sprawy ująć można właśnie z takiej perspektywy – romans eks-premiera to nie tylko efekt miłosnych uniesień, ale również wyjątkowo silnych ambicji, których nie brak normalnemu mężczyźnie. Marcinkiewicz prezentując światu swoją wybrankę mówi nie tylko: jestem zakochany! Mówi również: nie jest ze mną tak źle! I trudno go za to winić. Samcom alfa przytrafiają się takie rzeczy – u lwów imponuje się grzywą, u goryli srebrzystą sierścią tu i tam, samiec rodzaju ludzkiego imponuje partnerką. Ludzie tak rozumują.
Media odpuścić po prostu nie mogły
Ale jest jeszcze jeden czynnik – coś, z czego utkane jest dzisiejsze społeczeństwo. Tryby natury ludzkiej nie obracają się w próżni. Mechanizm ten pracuje w określonych warunkach. Smarem społeczeństwa w dzisiejszych czasach jest informacja. To głównie na niej się „jedzie”. Smar ten ma jednak swoje prawa. Niestety, media dawno już nie funkcjonują w sposób logiczny, czy szacowny. Kilka(naście) dziesięcioleci temu zostały wprzęgnięte w jeszcze większy mechanizm – rynek. Media muszą przynieść korzyść, od tego czasu logika i sentymenty udały się na wygnanie. Media interesują się wszystkim, co może przynieść zysk. Interesowały się premierem, interesują się zatem również eks-premierem – bo ludzie, czy też – jak rzekł mawiać jeden z ideologów IV RP – ciemny lud to kupi. Odpuszczać więc nie ma powodów.
W dzisiejszych czasach nie ma już większego sensu oburzanie się na media. Media to nie twór obdarzony umysłem. Media to mechanizm rynkowy. Logika tam obowiązująca jest jedna – trzeba przeżyć, jak w przyrodzie. A przyroda tak jak rynek – nie jest sferą etyki. Kazimierz Marcinkiewicz zakochał się i wpakował w romans bo tacy są mężczyźni, zwłaszcza w tym wieku. Media to nagłośniły, bo na tym polega ich działanie. Na szukanie winnych doprawdy jest już za późno.
Kilka ale.
Nie znaczy to jednak, że nie można było próbować przeciwdziałać całej tej katastrofie. Jest kilka sposobów. Po pierwsze: Marcinkiewicz wykazał się niebywałą amnezją od chwili, gdy przestał być premierem. Dopóki nim był wydawał się mieć wszystkie zasady PR-u w małym paluszku lewej stopy. Wizerunek, marka, body language i inne tego typu terminy stały się nieodłącznym elementem rozważań o polityce w Polsce. Rzeczony doskonale zdawał sobie sprawę ze znaczenia tych czynników. W istocie – jesteś tym, czym jesteś w telewizji. Kiedy przyszedł czas rozstania z teką, nauka ta poszła – nie wiedzieć czemu – w las. Marcinkiewicz najzwyczajniej zapomniał o potrzebie podtrzymywania określonego wizerunku, porzucił cały swój oręż i zaczął szarżować samopas. Odsłonił się jak Rejtan, a media rzuciły się na niego bez pardonu. Tak między nami facetami, nikt nie broni romansu, ale do cholery trzeba pamiętać, że tym romansem będą żyły nagłówki gazet i portali! To musi jakoś wyglądać.
Po drugie… ale na te rozważania też już za późno, przynajmniej dla Kazimierza. Ale może być to porada dla tych, którzy jego lata mają jeszcze przed sobą. Moja kobieta powtarza, że jak dociągnie ze mną do 50-ki zafunduje mi Porsche. No i ma rację, a ja trzymam ją za słowo. Jest tyle sposobów podtrzymania podwiędłej już nieco męskości! Romans to naprawdę nie jedyne wyjście.
Po trzecie… jak to śpiewał Markowski – trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Zawsze można się wycofać kiedy jest na to czas. Marcinkiewicz tego nie chciał. Podtrzymywał flirt z Platformą, były rozmowy o kandydaturze na europosła… Pozostał osobą publiczną, choć nie musiał, a skoro jesteś osobą publiczną – przyzwyczaj się do myśli, że nawet we własnym łóżku możesz pewnego ranka obudzić się z paparazzim. Nie żartuję.
Lepiej spakować manatki
To co się stało, stać się musiało, ale nie potwierdza to ani racji krnąbrnych obrońców moralności, ani krytyków mediów. Że Marcinkiewicz ma drugą młodość dziwić nie powinno, bo tacy są ludzie. Że media rozszarpały go na kawałki też nie dziwota, bo takie są i będą media. Marcinkiewicz błędy popełnił zawczasu – nie odrobił lekcji z piaru, nie wycofał się z życia politycznego, po trzecie zdecydował, że w kryzysie (nie tyle ekonomicznym, co wieku średniego) Porsche to jednak nie to…
A po czwarte… Marcinkiewicz wciąż rozmawia z mediami. Apeluje, prosi, poucza… Media to nie partner do rozmowy. To nawet nie milczący słuchacz. To – jak wcześniej wspomniałem – rynkowy gracz. Z takimi się nie dyskutuje tak jak gazela nie dyskutuje z gepardem. Jeżeli media nam zawadzają to miast pisać na blogu łzawe apele pakujmy się na antypody i zaszyjmy w jakimś azylu o jakim tabloidy nie słyszały. Ewentualnie wytoczmy proces jak już takie hieny się zbliżą. I tyle.
Ten facet miał po prostu pecha: był i jest osobą publiczną. To wszystko. Śledząc tę nawałnicę doniesień, która rozpętała się zarówno w szanowanych mediach jak i siódmo-ligowych szmatławcach trudno się nie zastanawiać co tak naprawdę stało się jej powodem. Pośród rzesz komentatorów wyraźnie zaznaczyły się dwa obozy. Pierwszy z nich to oburzeni moralizatorzy, względnie zniesmaczeni złośliwcy. Wrzucić ich do jednego wora można bez mrugnięcia okiem z tego względu, ze ich reakcje są identyczne – krytyka postawy Marcinkiewicza (ojciec, mąż, ba, premier! Jak to tak?!) i wieszanie psów na wybrance jego serca. Drugi obszar to nieco stonowana – i zdecydowanie mniejsza – grupa, która widzi w nim ofiarę ciekawości mediów. Do owej grupy zalicza się rzecz jasna rzeczony eks-polityk wraz z narzeczoną. Obie grupy się mylą, prawda nie leży nawet pośrodku. Stało się tak, jak się stało, bo inaczej być nie mogło. Kazimierz i Iza nie schodzą z pierwszych stron tabloidów i portali bo nie było innego wyjścia. Takie mamy czasy i tacy są ludzie. To dwa czynniki o zupełnie różnej naturze, które, kiedy już wezmą się za bary – dają efekty w postaci podobnym kuriozów. Marcinkiewicz to mimowolna ofiara tych mechanizmów, przemożnych trybów, które jego historię wessały i przemieliły jak bezwolne mięso armatnie. Media i ludzka natura to przyczyny tego bałaganu. Zacznijmy od tej drugiej.
Czym jest zespół Marcinkiewicza?
Nie, to nie sztab piarowców, doradców czy innych podwładnych. To raczej propozycja nazwy dla zjawiska medialnego. Patrząc na przypadek Marcinkiewicza można rzec – nie on pierwszy, nie on ostatni. Mało to jest podstarzałych tatusiów, którzy w pewnej chwili zamieniają wygodne papucie na szpiczaste lakierki, wysłużoną fajeczkę na długaśne cygaro i idą w miasto, niesieni powiewem drugiej młodości. Ot, poczuł zew. Czy można mu się dziwić? Spójrzmy na jego przypadek okiem faceta, normalnego gościa, który ma jakieś zdanie na swój temat, który ma niezbędną odrobinę męskiej dumy, który czasem lubi się wyluzować z kumplami przy piwku, nie lubi natomiast jak go się wciąż wpycha do szeregu.
Wybierają cię na premiera. Cieszysz się, takie coś daje kopa. Głowę daję, że wzrasta od tego poziom testosteronu, na pierś sypią się dodatkowe kłaczki, wzrok się wyostrza a ramiona odruchowo wędrują do tyłu. A tu klops. Zamiast tego dowiadujesz się, że będziesz figurantem a za twoim stołem na stałe wkomponuje się niejawny polityczny zwierzchnik, szef twojej partii. Nie porządzisz. Media to zasugerują a miliony Polaków, choć zachwycą się gładką mową i przyjemną aparycją i tak pewnie pomyślą, że jesteś bez jaj. Nie będzie ci z tym miło. Starasz się zatem przyjąć pozę zwycięzcy i każdy sukces medialnie roztrąbisz. Jeżeli da się przy tym zmontować image luzaka – tym lepiej. Tymczasem efekt takich zabiegów jest mizerniutki – sławetne „yes, yes, yes” media i ludzie odbierają jako przykład najmniej spontanicznej reakcji w historii telewizji. Klapa. Harujesz zatem na swój wizerunek dzień i noc, otwierasz szkoły, grasz w piłkę, uśmiech nie schodzi ci z twarzy… Wszystko na nic. Zwierzchnik zza twego fotela decyduje się ciebie odsunąć do kąta i wziąć sprawy w swojej ręce. Cóż zdarza się. Ale czemu media robią aferę wokół potencjalnej fuchy dla ciebie? Nagle jesteś najsłynniejszym bezrobotnym w kraju, nawet w NBP ciebie nie chcą. Świat się śmieje. Znowu nie wyszło. A do tego doładuj sobie prawdopodobny kryzys wieku średniego. Jak to piszą w poradnikach – odczuwasz pustkę w życiu, powoli przekwitasz, no po prostu świat sprzysiągł się przeciwko tobie. Żaden facet tego nie lubi, prawda? Na domiar złego wciąż jesteś osobą publiczną i jeśli da się z tego zrobić widowicho – tym lepiej dla wszystkich, tylko nie dla ciebie. Zostałeś przeżuty, wyssany i wypluty przez politykę i media, a jak trzeba to zrobią to z tobą ponownie. Jesteś ofiarą zespołu Marcinkiewicza, nawet z Lepperem nie było tak słabo.
Pora na kontratak?
Cholera, trzeba sobie udowodnić, że nie jest jeszcze tak źle. Masz swoją dumę. Z pomocą… przychodzi matka natura. W końcu jesteś samcem, powinieneś zdobywać, usidlać, podbijać. Byłeś przecież premierem! Ostały się gdzieś jeszcze drobiny tej magii, tych nadwyżek testosteronu. Trzeba to wykorzystać…
Jaki jest dalszy ciąg historii – wszyscy wiemy. To naturalne. Zaświadczy o tym każdy antropolog do spółki z prymatologami i psychologami ewolucyjnymi. Męski samiec to umiarkowany poligamista. A to konotuje cały zestaw cech. Nie tylko oglądasz się za innymi kobietami zawsze i wszędzie, nie tylko masz ochotę na seks z niektórymi z nich, ale także jesteś naturalnie przystosowany do tego, by piąć się w górę w hierarchii (im wyżej, tym potencjalnie większa możliwość dostępu do samic). Jesteś naturalnym wojownikiem. Uwielbiasz być podziwiany. To z tego właśnie powodu u boku mężczyzn cieszących się pewnym stanowiskiem pojawiają się nieustannie kobiety, dla których ten jawi się jako potencjalny kandydat na ojca – majętny i stanowczy. Czy jest coś bardziej męskiego? Zaimponować całemu światu po całym tym spektaklu, którego Marcinkiewicz stał się najzwyklejszą ofiarą? Czy pokusa zrobienia wokół siebie małego szumu i odgryzienia się na otoczeniu doprawdy jest tak zdumiewająca? Moim zdaniem to ludzkie. Faceci tak funkcjonują.
Działania wokół całej tej sprawy ująć można właśnie z takiej perspektywy – romans eks-premiera to nie tylko efekt miłosnych uniesień, ale również wyjątkowo silnych ambicji, których nie brak normalnemu mężczyźnie. Marcinkiewicz prezentując światu swoją wybrankę mówi nie tylko: jestem zakochany! Mówi również: nie jest ze mną tak źle! I trudno go za to winić. Samcom alfa przytrafiają się takie rzeczy – u lwów imponuje się grzywą, u goryli srebrzystą sierścią tu i tam, samiec rodzaju ludzkiego imponuje partnerką. Ludzie tak rozumują.
Media odpuścić po prostu nie mogły
Ale jest jeszcze jeden czynnik – coś, z czego utkane jest dzisiejsze społeczeństwo. Tryby natury ludzkiej nie obracają się w próżni. Mechanizm ten pracuje w określonych warunkach. Smarem społeczeństwa w dzisiejszych czasach jest informacja. To głównie na niej się „jedzie”. Smar ten ma jednak swoje prawa. Niestety, media dawno już nie funkcjonują w sposób logiczny, czy szacowny. Kilka(naście) dziesięcioleci temu zostały wprzęgnięte w jeszcze większy mechanizm – rynek. Media muszą przynieść korzyść, od tego czasu logika i sentymenty udały się na wygnanie. Media interesują się wszystkim, co może przynieść zysk. Interesowały się premierem, interesują się zatem również eks-premierem – bo ludzie, czy też – jak rzekł mawiać jeden z ideologów IV RP – ciemny lud to kupi. Odpuszczać więc nie ma powodów.
W dzisiejszych czasach nie ma już większego sensu oburzanie się na media. Media to nie twór obdarzony umysłem. Media to mechanizm rynkowy. Logika tam obowiązująca jest jedna – trzeba przeżyć, jak w przyrodzie. A przyroda tak jak rynek – nie jest sferą etyki. Kazimierz Marcinkiewicz zakochał się i wpakował w romans bo tacy są mężczyźni, zwłaszcza w tym wieku. Media to nagłośniły, bo na tym polega ich działanie. Na szukanie winnych doprawdy jest już za późno.
Kilka ale.
Nie znaczy to jednak, że nie można było próbować przeciwdziałać całej tej katastrofie. Jest kilka sposobów. Po pierwsze: Marcinkiewicz wykazał się niebywałą amnezją od chwili, gdy przestał być premierem. Dopóki nim był wydawał się mieć wszystkie zasady PR-u w małym paluszku lewej stopy. Wizerunek, marka, body language i inne tego typu terminy stały się nieodłącznym elementem rozważań o polityce w Polsce. Rzeczony doskonale zdawał sobie sprawę ze znaczenia tych czynników. W istocie – jesteś tym, czym jesteś w telewizji. Kiedy przyszedł czas rozstania z teką, nauka ta poszła – nie wiedzieć czemu – w las. Marcinkiewicz najzwyczajniej zapomniał o potrzebie podtrzymywania określonego wizerunku, porzucił cały swój oręż i zaczął szarżować samopas. Odsłonił się jak Rejtan, a media rzuciły się na niego bez pardonu. Tak między nami facetami, nikt nie broni romansu, ale do cholery trzeba pamiętać, że tym romansem będą żyły nagłówki gazet i portali! To musi jakoś wyglądać.
Po drugie… ale na te rozważania też już za późno, przynajmniej dla Kazimierza. Ale może być to porada dla tych, którzy jego lata mają jeszcze przed sobą. Moja kobieta powtarza, że jak dociągnie ze mną do 50-ki zafunduje mi Porsche. No i ma rację, a ja trzymam ją za słowo. Jest tyle sposobów podtrzymania podwiędłej już nieco męskości! Romans to naprawdę nie jedyne wyjście.
Po trzecie… jak to śpiewał Markowski – trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Zawsze można się wycofać kiedy jest na to czas. Marcinkiewicz tego nie chciał. Podtrzymywał flirt z Platformą, były rozmowy o kandydaturze na europosła… Pozostał osobą publiczną, choć nie musiał, a skoro jesteś osobą publiczną – przyzwyczaj się do myśli, że nawet we własnym łóżku możesz pewnego ranka obudzić się z paparazzim. Nie żartuję.
Lepiej spakować manatki
To co się stało, stać się musiało, ale nie potwierdza to ani racji krnąbrnych obrońców moralności, ani krytyków mediów. Że Marcinkiewicz ma drugą młodość dziwić nie powinno, bo tacy są ludzie. Że media rozszarpały go na kawałki też nie dziwota, bo takie są i będą media. Marcinkiewicz błędy popełnił zawczasu – nie odrobił lekcji z piaru, nie wycofał się z życia politycznego, po trzecie zdecydował, że w kryzysie (nie tyle ekonomicznym, co wieku średniego) Porsche to jednak nie to…
A po czwarte… Marcinkiewicz wciąż rozmawia z mediami. Apeluje, prosi, poucza… Media to nie partner do rozmowy. To nawet nie milczący słuchacz. To – jak wcześniej wspomniałem – rynkowy gracz. Z takimi się nie dyskutuje tak jak gazela nie dyskutuje z gepardem. Jeżeli media nam zawadzają to miast pisać na blogu łzawe apele pakujmy się na antypody i zaszyjmy w jakimś azylu o jakim tabloidy nie słyszały. Ewentualnie wytoczmy proces jak już takie hieny się zbliżą. I tyle.
środa, 18 lutego 2009
Prawie jak Forrest Gump
Wnioski na gorąco po obejrzeniu efektu tytanicznej pracy uhonorowanej bodaj 12 nominacjami do Oskara. Już trailer uczynił mnie wątpiącym. Ale dałem szansę. No i się przejechałem.
Obejrzałem ostatnio obraz przedziwnej urody, czyli obsypany nominacjami „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. Uff. Co poniektórzy mogli wysłuchać już moich utyskiwań nad brakiem wyraźnego sensu tegoż dzieła. No bo o czym niby ono jest? O przemijaniu? O śmierci? O ludziach? Proooooooszę was. Ten film jest niczym więcej jak miałką, półzdechłą historyjką o takim sobie życiu jakiegoś faceta, który tym tylko różni się od innych, że młodnieje. Powiedzą niektórzy, że historia ta przypomina nieco Forresta Gumpa. Tu i tu mamy gościa z jakimś defektem, tu i tu mamy jakąś tam drogę, jakąś historię ciągnącą się przez całe życie… Tylko że Forrest Gump faktycznie uczył nas czegoś, patrząc na świat jego oczami i myśląc bełkotliwymi zdaniami jego autorstwa, rzeczywiście mogliśmy czegoś ciekawego o tym świecie i ludziach się dowiedzieć. I to jest wartość dodana. A czegóż takiego uczy nas Benjamin Button? Otóż mówi nam – nie przesadzam – pod koniec filmu, że jedni skaczą, inni tańczą, jeszcze inni jeżdżą czy grają na pianinie… I że trzeba z tym żyć bo taki jest świat.
O nieba!
Prorocze słowa!
Prawd takich warto słuchać zawsze i wszędzie... I bulić za nie niewypowiedziane sumy wpisane w budżet tego wiekopomnego dzieła. W filmie tym roi się od masy pomysłów, które nijak do siebie nie przystają. Po pierwsze: po co w ogóle stawiać na postać faceta, który miast starzeć, młodnieje? Z faktu tego nie wynika absolutnie nic. Nic poza kilkoma zdziwieniami postronnych w stylu: 'ojej, masz 7 lat?'. 'O rany, stary, nigdy nie byłeś z kobietą?!'. W pierwszym przypadku Buton przytakuje. W drugim idzie do burdelu. I problem znika. Pytam się grzecznie: co z tego? Jakaż prawda jest tam ukryta? Jego przypadłość poza przewidywalnym: Benjaminie, jak ty młodo wyglądasz! – nie jest źródłem żadnych nadzwyczajnych przemyśleń. Skoro może pracować, zaciągnąć się na łajbę, zaspokoić prostytutkę… Ot, żyje jak każdy z nas. A że młodnieje? Co z tego. Po drugie: mamy w tym filmie ogromny bałagan. Przykład pierwszy z brzegu: o co chodzi z cofającym czas zegarem? Poza tym, że chodzi do tyłu nie ma żadnego związku z historią Buttona. Nie jestem nawet pewien, czy Benjamin o tym zegarze cokolwiek wiedział. Powstał on w zupełnie innym celu i wydaje się początkiem zupełnie innej historii. A zatem? Po co ten zegar tam wkomponowano?! Po trzecie, roi się w filmie od półinteligenckich-półfilozoficznych tez i pseudo-zadumy nad światem. Spotykamy się na przykład z wyliczanką przypadkowych przyczyn prowadzących do wypadku w wyniku którego Daisy łamie nogę. Temat związków przyczynowo-skutkowych jest ledwo liźnięty, z egzystencjalnego klimatu widz zostaje wyrwany po… parunastu sekundach. I koniec, nowa scena, nowy wątek. Co to jest? Kazualizm w pigułce? 'Krótka historia czasu' dla ubogich? Naprawdę, warto zostawić takie wątki takim filmom jak 'Przypadek' czy 'Przypadkowa dziewczyna' a nie tak na łapu-capu i zostawić z nie wiadomo czym i z nie wiadomo jakim wnioskiem. Po trzecie, aktorstwo jest… liche. Brad kolejny raz udowodnił, że świetnie opanował jedną, góra dwie miny, a genialna – mówię bez cienia ironii – Blanchet z pewnością nie będzie wspominać tego epizodu jako roli życia. Postaci są wyprane z emocji, co z tego, że bohaterowi umiera matka, że odnajduje się ojciec. Benjamin Pitt wydaje się zaledwie wzruszać ramionami. Może zwapniałe stawy nie pozwalają na więcej, nie wiem. Film kończy się niedorzecznie – stara Blanche kołysze umierającego ze starości niemowlaka, który był jej kochankiem. Jakie to prawdziwe... Jak z życie wzięte.
Aha, konia z rzędem temu, kto wyjawi mi tajemnicę nadciągającego huraganu.
(Dygresja na sam koniec: jakiś czas temu lubowałem się w małych prowokacjach. Pisałem do "Wysokich obcasów", Grażynki Dobroń w Trójce, tworzyłem różne debilne historie a ichniejsi psychoterapeuci brali to na warsztat i roztkliwiali się nad moimi dolami i niedolami na łamach pisemek, tudzież na antenach. Gdybym miał te kilkadziesiąt milionów dolarów zrobiłbym ani chybi coś większego niż parę nieporadnych maili, nakręciłbym taki właśnie film a potem powiedział: ludzie, to zwykła prowokacja! Tak dla jaj! I do teraz nie opuszcza mnie nadzieja, że reżyser np. odbierając Oskara powie to samo. "Założyłem się z kumplem że to nakręcę, a wyście ten szajs wzięli na poważnie")
Obejrzałem ostatnio obraz przedziwnej urody, czyli obsypany nominacjami „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. Uff. Co poniektórzy mogli wysłuchać już moich utyskiwań nad brakiem wyraźnego sensu tegoż dzieła. No bo o czym niby ono jest? O przemijaniu? O śmierci? O ludziach? Proooooooszę was. Ten film jest niczym więcej jak miałką, półzdechłą historyjką o takim sobie życiu jakiegoś faceta, który tym tylko różni się od innych, że młodnieje. Powiedzą niektórzy, że historia ta przypomina nieco Forresta Gumpa. Tu i tu mamy gościa z jakimś defektem, tu i tu mamy jakąś tam drogę, jakąś historię ciągnącą się przez całe życie… Tylko że Forrest Gump faktycznie uczył nas czegoś, patrząc na świat jego oczami i myśląc bełkotliwymi zdaniami jego autorstwa, rzeczywiście mogliśmy czegoś ciekawego o tym świecie i ludziach się dowiedzieć. I to jest wartość dodana. A czegóż takiego uczy nas Benjamin Button? Otóż mówi nam – nie przesadzam – pod koniec filmu, że jedni skaczą, inni tańczą, jeszcze inni jeżdżą czy grają na pianinie… I że trzeba z tym żyć bo taki jest świat.
O nieba!
Prorocze słowa!
Prawd takich warto słuchać zawsze i wszędzie... I bulić za nie niewypowiedziane sumy wpisane w budżet tego wiekopomnego dzieła. W filmie tym roi się od masy pomysłów, które nijak do siebie nie przystają. Po pierwsze: po co w ogóle stawiać na postać faceta, który miast starzeć, młodnieje? Z faktu tego nie wynika absolutnie nic. Nic poza kilkoma zdziwieniami postronnych w stylu: 'ojej, masz 7 lat?'. 'O rany, stary, nigdy nie byłeś z kobietą?!'. W pierwszym przypadku Buton przytakuje. W drugim idzie do burdelu. I problem znika. Pytam się grzecznie: co z tego? Jakaż prawda jest tam ukryta? Jego przypadłość poza przewidywalnym: Benjaminie, jak ty młodo wyglądasz! – nie jest źródłem żadnych nadzwyczajnych przemyśleń. Skoro może pracować, zaciągnąć się na łajbę, zaspokoić prostytutkę… Ot, żyje jak każdy z nas. A że młodnieje? Co z tego. Po drugie: mamy w tym filmie ogromny bałagan. Przykład pierwszy z brzegu: o co chodzi z cofającym czas zegarem? Poza tym, że chodzi do tyłu nie ma żadnego związku z historią Buttona. Nie jestem nawet pewien, czy Benjamin o tym zegarze cokolwiek wiedział. Powstał on w zupełnie innym celu i wydaje się początkiem zupełnie innej historii. A zatem? Po co ten zegar tam wkomponowano?! Po trzecie, roi się w filmie od półinteligenckich-półfilozoficznych tez i pseudo-zadumy nad światem. Spotykamy się na przykład z wyliczanką przypadkowych przyczyn prowadzących do wypadku w wyniku którego Daisy łamie nogę. Temat związków przyczynowo-skutkowych jest ledwo liźnięty, z egzystencjalnego klimatu widz zostaje wyrwany po… parunastu sekundach. I koniec, nowa scena, nowy wątek. Co to jest? Kazualizm w pigułce? 'Krótka historia czasu' dla ubogich? Naprawdę, warto zostawić takie wątki takim filmom jak 'Przypadek' czy 'Przypadkowa dziewczyna' a nie tak na łapu-capu i zostawić z nie wiadomo czym i z nie wiadomo jakim wnioskiem. Po trzecie, aktorstwo jest… liche. Brad kolejny raz udowodnił, że świetnie opanował jedną, góra dwie miny, a genialna – mówię bez cienia ironii – Blanchet z pewnością nie będzie wspominać tego epizodu jako roli życia. Postaci są wyprane z emocji, co z tego, że bohaterowi umiera matka, że odnajduje się ojciec. Benjamin Pitt wydaje się zaledwie wzruszać ramionami. Może zwapniałe stawy nie pozwalają na więcej, nie wiem. Film kończy się niedorzecznie – stara Blanche kołysze umierającego ze starości niemowlaka, który był jej kochankiem. Jakie to prawdziwe... Jak z życie wzięte.
Aha, konia z rzędem temu, kto wyjawi mi tajemnicę nadciągającego huraganu.
(Dygresja na sam koniec: jakiś czas temu lubowałem się w małych prowokacjach. Pisałem do "Wysokich obcasów", Grażynki Dobroń w Trójce, tworzyłem różne debilne historie a ichniejsi psychoterapeuci brali to na warsztat i roztkliwiali się nad moimi dolami i niedolami na łamach pisemek, tudzież na antenach. Gdybym miał te kilkadziesiąt milionów dolarów zrobiłbym ani chybi coś większego niż parę nieporadnych maili, nakręciłbym taki właśnie film a potem powiedział: ludzie, to zwykła prowokacja! Tak dla jaj! I do teraz nie opuszcza mnie nadzieja, że reżyser np. odbierając Oskara powie to samo. "Założyłem się z kumplem że to nakręcę, a wyście ten szajs wzięli na poważnie")
czwartek, 12 lutego 2009
"Na co to idzie?"
- jak ujął to niegdyś niedościgniony komentator wszelakich procesów ogólno-modernizacyjnych, Kaziuk Bartoszko (tak, ten z "Konopielki" Edwarda Redlińskiego". A więc, powtórzmy, na co to idzie?... Oglądałem niedawno Tomasza Lisa Na Żywo w starciu z Jarosławem Kaczyńskim. Lis w starciu z Kaczorem poległ. Na co to idzie? Jeden z najlepszych dziennikarzy przyszedł do studia kompletnie nie przygotowany, ze stosem demagogicznych chwytów pod pachą, co ja gadam, żeby choć ze stosem! Wyjął na wierzch zarzuty tak słabiutkie, wrócił do ZOMO, co stało tam, gdzie ten i ów pamięta, a wraz z nim do całego tego tałatajstwa, co to już dawno za nami (a w dobie hiperplastycznej rzeczywistości medialnej nie dość że dawno, to jeszcze pewnie nieprawda).
Nudne to było. I na maksa przewidywalne. Ale to naprawdę na maksa. Z jednym zastrzeżeniem. Jarek zrobił wrażenie bardzo spokojnego, kompetentnego, wyważonego i przede wszystkim - ponad tym wszystkim. Zostawił Lisa gdzieś tam w krzakach na dole, opanował świetny body-language i nie dał się wyprowadzić ani na chwilę z równowagi. Spójny. Naprawdę wyglądał, jakby wierzył w to co mówił. Czy miał w tym wszystkim rację - nie będę się wypowiadał, bo to nie miejsce po temu. Chodzi o nędzę, jaką przedstawił dziennikarz. Nastawiony na zupełnie niemerytoryczne mordobicie, do jakiego zdążył już swych widzów przyzwyczaić prawdopodobnie trochę się zdziwił obrotem spraw. A i ja - przyznam - byłem zaskoczony poziomem rozmowy 1:1. Nie zagłębiam się zbytnio w politykę i nie zamierzam. Ale widząc, co z dyskursem okołopolitycznym robią dziennikarze, nie chce mi się już totalnie. Gdzie ten Lis, co to go pamiętam z naprawdę dobrej, książkowej również, publicystyki? Smutne to. Na co to idzie?
Nudne to było. I na maksa przewidywalne. Ale to naprawdę na maksa. Z jednym zastrzeżeniem. Jarek zrobił wrażenie bardzo spokojnego, kompetentnego, wyważonego i przede wszystkim - ponad tym wszystkim. Zostawił Lisa gdzieś tam w krzakach na dole, opanował świetny body-language i nie dał się wyprowadzić ani na chwilę z równowagi. Spójny. Naprawdę wyglądał, jakby wierzył w to co mówił. Czy miał w tym wszystkim rację - nie będę się wypowiadał, bo to nie miejsce po temu. Chodzi o nędzę, jaką przedstawił dziennikarz. Nastawiony na zupełnie niemerytoryczne mordobicie, do jakiego zdążył już swych widzów przyzwyczaić prawdopodobnie trochę się zdziwił obrotem spraw. A i ja - przyznam - byłem zaskoczony poziomem rozmowy 1:1. Nie zagłębiam się zbytnio w politykę i nie zamierzam. Ale widząc, co z dyskursem okołopolitycznym robią dziennikarze, nie chce mi się już totalnie. Gdzie ten Lis, co to go pamiętam z naprawdę dobrej, książkowej również, publicystyki? Smutne to. Na co to idzie?
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Pusty śmiech
Że Rymanowski dostał "Dziennikarza Roku" - wiadomo. Że Pacewicz uczynił zeń roku niedziennikarza - też wiadomo. Może to mało "si", ale popieram Pacewicza. Z wielu powodów, z których jeden jest podtytułem owego bloga. Nie będę wchodził w szczegóły, dzisiejszy post będzie krótki. Śmieszą mnie odpowiedzi kierownictwa TVN, w których odwołują się co poniektórzy do szeroko rozumianego "poszanowania dla widza". Widzowie lubią nasze programy. Widzowie doceniają Rymanowskiego. Widzowie to, tamto. A skoro widzowie to tamto, to Rymanowski dziennikarzem roku jest i basta. Mój boże, od kiedy to większość ma rację? Ok, nie wchodzimy w szczegóły. Powiem jedynie, że sam Bogdan Rymanowski też pod tym względem rozbawił mnie setnie, a to za sprawą wywiadu w Pressie (mało nie utonąłem we własnej wannie, choć w tym miejscu brawa dla redaktorki, która zadawała mu pytania takie, które sam chętnie bym mu zadał). Ów odpowiadając na zarzuty, że zaprasza gości-pajaców ostrzeliwujących się na przemian inwektywami, chamusiów i szczekaczy, ot, dla zwykłego widowicha, wypalił ripostą (chyba oprawię to w ramki):
"Gdyby moja praca polegała na tym, że zapraszam dwóch pajaców i oni robią mi cały program, to przeciętnego widza musielibyśmy uznać za idiotę."
[śmiech z taśmy] Panie Bogdanie, jak by to Panu powiedzieć, żeby i Pana, i - przede wszystkim - przeciętnego polskiego szarego przeżuwacza reklam i reszty tele-papki nie urazić...
"Gdyby moja praca polegała na tym, że zapraszam dwóch pajaców i oni robią mi cały program, to przeciętnego widza musielibyśmy uznać za idiotę."
[śmiech z taśmy] Panie Bogdanie, jak by to Panu powiedzieć, żeby i Pana, i - przede wszystkim - przeciętnego polskiego szarego przeżuwacza reklam i reszty tele-papki nie urazić...
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Skończyła się pewna epoka. Znowu
No i stało się.
Pamiętam ten dzień, kiedy to pomny pierwszych edycji Big Brothera wynosiłem pod niebiosa takich tytanów intelektu jak Gulczas czy Klaudiusz grill-kuchta, ba! Frytka czy Ken! Rzeczywiście z każdą edycją było coraz gorzej i nikomu nie trzeba o tym oczywistym fakcie przypominać. Pamiętamy, jak to całe, że tak powiem "Towarzystwo", a zatem wszelakiej maści autorytety, filozofowie, etycy, komentatorzy i eksperci wylewało wiadrami pomyje na te kloacze eksperymenty jakimi jawiły się wówczas dywagacje Dzięciołów i jemy dusz pokrewnych przed kamerami o tym i o owym. O, ludzie małej wiary! Jakimi bowiem rarytasami jawią nam się bowiem te tele-przysmaki wobec odpadów, które pojawiają się dziś! Pamiętam, jak rzekłem, jak to zastanawiałem się, kto przebije poziomem głupoty Frytkę. Przebito ją z okładem - mieliśmy bowiem Dodę. Kto dołował jeszcze bardziej - co już było wyczynem graniczącym z ekstremum i grożącym śmiercią lub trwałym kalectwem? Oczywiście Jola Rutowicz. To już dno - myślałem. Niżej nie można. O, człowieku małej wiary. Można.
Panna czerń-wpadająca-w róż została znokautowana. Każdym pojedynczym parametrem. Z brzydotą na czele. Oto - jak ją już okrzyknięto - polska Grace Jones, co dla biednej Grace jest niewątpliwym policzkiem przez całe ucho, aż huczy. Panna bóg-raczy-wiedzieć-skąd zdążyła już przyćmić blask fleszy swą kasztanową opalenizną (choć właściwsze określenie to solar-skorupa) i to taką, przy której Kasia Skrzynecka przypomina albinosa. Na twarzy ma toto wszystkie kolory tęczy, tęcza ta zresztą przysłonięta jest miejscami blond-grzywą na skos. Gdyby ktoś miał wątpliwości czy przypadkiem nie patrzy na dostawczaka po kolizji z murem berlińskim - maszkara ta jest wydepilowana w miejscach gdzie normalnym ludziom słońce i fotoreporterzy rzadko zaglądają (jej wręcz przeciwnie). Podobno śpiewa.
Szukajcie a znajdziecie
Panie i panowie, Iza 3D.
Pamiętam ten dzień, kiedy to pomny pierwszych edycji Big Brothera wynosiłem pod niebiosa takich tytanów intelektu jak Gulczas czy Klaudiusz grill-kuchta, ba! Frytka czy Ken! Rzeczywiście z każdą edycją było coraz gorzej i nikomu nie trzeba o tym oczywistym fakcie przypominać. Pamiętamy, jak to całe, że tak powiem "Towarzystwo", a zatem wszelakiej maści autorytety, filozofowie, etycy, komentatorzy i eksperci wylewało wiadrami pomyje na te kloacze eksperymenty jakimi jawiły się wówczas dywagacje Dzięciołów i jemy dusz pokrewnych przed kamerami o tym i o owym. O, ludzie małej wiary! Jakimi bowiem rarytasami jawią nam się bowiem te tele-przysmaki wobec odpadów, które pojawiają się dziś! Pamiętam, jak rzekłem, jak to zastanawiałem się, kto przebije poziomem głupoty Frytkę. Przebito ją z okładem - mieliśmy bowiem Dodę. Kto dołował jeszcze bardziej - co już było wyczynem graniczącym z ekstremum i grożącym śmiercią lub trwałym kalectwem? Oczywiście Jola Rutowicz. To już dno - myślałem. Niżej nie można. O, człowieku małej wiary. Można.
Panna czerń-wpadająca-w róż została znokautowana. Każdym pojedynczym parametrem. Z brzydotą na czele. Oto - jak ją już okrzyknięto - polska Grace Jones, co dla biednej Grace jest niewątpliwym policzkiem przez całe ucho, aż huczy. Panna bóg-raczy-wiedzieć-skąd zdążyła już przyćmić blask fleszy swą kasztanową opalenizną (choć właściwsze określenie to solar-skorupa) i to taką, przy której Kasia Skrzynecka przypomina albinosa. Na twarzy ma toto wszystkie kolory tęczy, tęcza ta zresztą przysłonięta jest miejscami blond-grzywą na skos. Gdyby ktoś miał wątpliwości czy przypadkiem nie patrzy na dostawczaka po kolizji z murem berlińskim - maszkara ta jest wydepilowana w miejscach gdzie normalnym ludziom słońce i fotoreporterzy rzadko zaglądają (jej wręcz przeciwnie). Podobno śpiewa.
Szukajcie a znajdziecie
Panie i panowie, Iza 3D.
sobota, 17 stycznia 2009
Memy i inne rewelacje
Poprosił mnie niedawno mój kolega zakładowy o parę słów na temat memów, czyli (w sumie nie wiadomo do końca, ale możliwe że) żyjątek, z których składa się nasza - i nie tylko nasza - kultura. Szumnie przedstawił mnie na swoim blogu jako niekwestionowany autorytet na skalę ogólnopolską w tej właśnie materii. Niech i tak będzie. Po prawdzie to może i zajmowałem się tym niegdyś, a o maczaniu w tym paluchów wspominałem zresztą i tutaj, jednakże zarzuciłem nieco ten zbiór hipotez. Specjalnie używam tutaj tego określenia, albowiem trudno memetykę uznać za teorię. Moim zdaniem jest to sprawa nieweryfikowalna zupełnie, a skoro tak...
W każdym razie być może znajdzie się ktoś zainteresowany tematem. Odsyłam zatem nie tylko do wikipedycznej definicji (co ciekawe, wielu twórców wikipedii jest zagorzałymi entuzjastami memów), ale i do polskich źródeł, w tworzeniu których miałem przyjemność uczestniczyć. Jeśliby ktoś chciał się zapoznać ze znaczną dozą polskiego dorobku w tej dziedzinie - oto ona. Trzy ostatnie zeszyty to zbiorki prac o memach.
Oczywiście przy okazji nieco się podlansuję podlinkowując te oto, przełomowe rzecz jasna, akapity:
Współczesne MedJA
Brzytwą po memach
Naśladownictwo i odtwarzanie w ontogenezie człowieka
Polecam w sumie drugi, bo tam mówię na temat wartości memetyki wszystko, co faktycznie mam w tej kwestii do powiedzenia... Czołem!
W każdym razie być może znajdzie się ktoś zainteresowany tematem. Odsyłam zatem nie tylko do wikipedycznej definicji (co ciekawe, wielu twórców wikipedii jest zagorzałymi entuzjastami memów), ale i do polskich źródeł, w tworzeniu których miałem przyjemność uczestniczyć. Jeśliby ktoś chciał się zapoznać ze znaczną dozą polskiego dorobku w tej dziedzinie - oto ona. Trzy ostatnie zeszyty to zbiorki prac o memach.
Oczywiście przy okazji nieco się podlansuję podlinkowując te oto, przełomowe rzecz jasna, akapity:
Współczesne MedJA
Brzytwą po memach
Naśladownictwo i odtwarzanie w ontogenezie człowieka
Polecam w sumie drugi, bo tam mówię na temat wartości memetyki wszystko, co faktycznie mam w tej kwestii do powiedzenia... Czołem!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

