środa, 24 marca 2010
W poszukiwaniu neuro-haju
Tak brzmiał pierwotny tytuł tekstu o novelty-seekerach. Ale go ostatecznie ułagodzono i ukazał się w "Charakterach" pod postacią taką to.
Skrótu nie zamieszczam, nie chce mi się, mam kiepski humor. Do kiosków, kupować, dać firmie zarobić a potem dać zarobić mnie. Odmaszerować.
Skrótu nie zamieszczam, nie chce mi się, mam kiepski humor. Do kiosków, kupować, dać firmie zarobić a potem dać zarobić mnie. Odmaszerować.
piątek, 19 marca 2010
Mediapokalipsa
Koniec świata! Agca na wolności, Polański w więzieniu, Doda w „Teraz my” a Senyszyn w „Tańcu z gwiazdami”! – żaliła się jedna z postaci w satyrycznym rysunku, który nie tak dawno przyciągnął moją uwagę. Hm, można jeszcze dodać Nergala w kościele, Lady Gagę w pałacu Buckingham czy Obamę w Sztokholmie. Faktycznie, chyba „się ściemnia”, jak śpiewała niegdyś Kora.
Jak by nie było, 21 grudnia 2012 coraz bliżej… Kto wie, może dzień zagłady wieszczony przez Majów wieki temu zaczyna się ot, takimi właśnie niespodziankami? Nie ma co uderzać w ciężkie dzwony o nierządnicach babilońskich, bestiach siedmiogłowych i całej zabawie w Armagedon. To co mamy dziś przemawia do mnie bardziej niż słoneczne burze, magnetyczne przebiegunowanie planety czy nawet obserwowany ostatnio efekt cieplarniany. A że nic na temat Dody czy posłanki Joanny nie zostało wcześniej spisane? A niby jak poczciwy staroindiański astronom miałby nazwać tego typu medialne atrakcje?
Świat, przynajmniej świat mediów, już dawno stanął na głowie i nie ma w tym ani grama czarnowidztwa. Takie są fakty. Żyjemy w erze pojęciowego bałaganu, który można by uporządkować w… pół sekundy. No, może niezupełnie w pół, choć wielu psychologów twierdzi, że dokładnie tyle brakuje telewidzowi. Dzięki temu mógłby biedaczyna odrobinę zastanowić się nad tym, co właśnie przyszło mu oglądać i zacząć cokolwiek z tego rozumieć. Bez różnicy, czy będzie to kolejna odsłona serialu o śledczych z komisji, balu u senatora, popisów amatora czy jeszcze innego „trele-morele”. Missing half second, ¬¬jak mówią uczeni, to bolączka dzisiejszego multimedialnego imperium. Tyle bowiem wystarcza, by świadomie umiejscowić oglądane tele-badziewie w nieco szerszym kontekście i – jak przystało na kulturalnego człowieka, co to odróżnia Antka Borynę od Tomasza Judyma – w miarę sensownie się do tego odnieść.
Ale jak się odnieść, skoro czasu brak? Co to to nie! Nie po to medialni producenci upychają w nas pop-papkę, by z nami o niej dyskutować. Nie nam pytać o ingrediencje. Mamy ją po prostu grzecznie przerzuć, przełknąć, przetrawić i poprosić o repetę. A medialne dania serwowane są w tempie iście fast-foodowym. Podziwiam możliwości pop-przemysłu, który niemal na poczekaniu gotów jest kreować kolejne mutacje znanych seriali, teleturniejów, powielać to, co przyniosło wcześniej zysk. A ta machina dopiero nabiera rozpędu.
Pół sekundy – czy doprawdy tak trudno je znaleźć i na spokojnie sobie pomyśleć o tym lub o owym? Jeśli dobrze się przyjrzeć, cóż, trudno. Rzeczywistość mediów to nie tylko twórcy, redaktorzy, scenarzyści, reżyserzy, artyści i aktorzy. To również, a może przede wszystkim, żelazne kleszcze praw rynku. A czas – w tym wypadku również nasze pół sekundy – to pieniądz. Najlepiej wiedzą o tym reklamodawcy. W bloku reklamowym ekran już od dawna nie pozostaje czarny ani na sekundy ćwierć. To nie PRL, kiedy to przez całe 5 minut, albo i dłużej, można było gapić się na zegar, ewentualnie imieninową pocztówkę. Walka o reklamodawcę trwa nieprzerwanie i kiedy zbierze się te brakujące półsekundówki, wychodzi, że do przetrawienia programu telewizyjnego statystycznemu oglądaczowi potrzeba już kilku kwadransów tygodniowo. Bez tej odrobiny namysłu mediapokalipsa wydaje się naprawdę bliska.
Czasem myślę sobie, że mam farta. Mam farta, bo miast się przejmować, tak naprawdę jestem diabelnie ciekaw, co będzie za te 10-20 lat. Pamiętam, jak co niektórzy kaznodzieje, ba, socjologowie, psychologowie i cały kwiat dziennikarstwa, biadali, załamując ręce nad pierwszą edycją Big Brothera. Koniec telewizji, upadek obyczajów, hołota i moralne szambo! A rzeczy, o którym filozofom i innym jasnowidzom się nie śniło, miały dopiero nadejść… Bo Gulczasy, Klaudiusze, Manuele i cała reszta wesołej gromadki przy niektórych celebrytach kalibru Joli Rutowicz to ludzie wcale na poziomie. Dziś już by się nie przebili. Nawet Frytka i jej przygoda w jacuzzi wydają się prawie romantyczne. To i słychać o niej coraz mniej. Dziś trzeba czegoś więcej. Przykłady?
Agca za ciężkie miliony opowiadać będzie o swoich premedytacjach. A gawiedź z wypiekami na twarzy będzie tego słuchać. Jeszcze kto pomyśli, że strzelać do drugiego jest w sumie fajnie? O fotel głowy państwa polskiego powalczy imć Kononowicz. Internet ponownie pogrąży się w Kono-ekstazie a na Allegro smutne swetry schodzić będą jak świeże bułeczki. Kto obejrzał program duetu Sekielski-Morozowski – ten ma dopiero farta! Mógł nie wiedzieć, a już wie, że Doda nie ma pojęcia, kto to jest Jacek Kurski. Warto, prawda? Dobra publicystyka zawsze w cenie. Mówiło się kiedyś, że papier jest cierpliwy. W dobie, gdy media papierowe odchodzą do lamusa, warto tę formułkę nieco podapgrejdować. Ekran jest równie cierpliwy i zniesie jeszcze więcej. Nawet Nelly Rokitę – to ponoć już niebawem – pod rękę z Maserakiem.
Przyznam, że brakuje mi wyobraźni, profeta ze mnie kiepski. Wszystko co potrafię sobie wyobrazić to ogromna machina medialna, której każdy jest elementem. Nie ma już osobnych telewizorów, komórek, kamer. Wszystko jest ze sobą w pełni zgodne i kompatybilne. Wszystko jest elementem jednego i tego samego medialnego lewiatana, który każdemu zaserwuje wszystko według potrzeb. Wystarczy się tylko wpiąć. Ale mam ten luksus, że nie muszę się tym martwić. A jeśli dalej będę mieć farta, to się dowiem, kogo nasz lewiatan zapoda za tych parę lat na ekrany. Już teraz uważnie śledzę ten pełzający Armagedon. Zawsze kiedy pomyślę, że oto nierządnica babilońska rozkłada uda, nagle pojawia się następna i mówi: u mnie jeszcze taniej. Końca nie widać!
Poczciwy dziad w Konopielce grzmiał, że z końcem świata nie tylko „wilki latać bedo”, ale „chłop z chłopem spać będzie, a baba z babo”. Sofcik, prawda? Ani to straszne, ani bulwersujące. Może nawet i sam wizjoner spod Taplar by się do tego w miarę szybko przyzwyczaił. A to dlatego, że jeszcze szło to sobie jakoś wyobrazić. A tego co jest dzisiaj nawet sam Lem nie przewidział. A genialny futurolog na mediach znał się jak mało kto. Mimo to napisał: „dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów”. Fakt, na to chyba i Nostradamusowi nie starczyłoby wyobraźni.
Jak by nie było, 21 grudnia 2012 coraz bliżej… Kto wie, może dzień zagłady wieszczony przez Majów wieki temu zaczyna się ot, takimi właśnie niespodziankami? Nie ma co uderzać w ciężkie dzwony o nierządnicach babilońskich, bestiach siedmiogłowych i całej zabawie w Armagedon. To co mamy dziś przemawia do mnie bardziej niż słoneczne burze, magnetyczne przebiegunowanie planety czy nawet obserwowany ostatnio efekt cieplarniany. A że nic na temat Dody czy posłanki Joanny nie zostało wcześniej spisane? A niby jak poczciwy staroindiański astronom miałby nazwać tego typu medialne atrakcje?
Świat, przynajmniej świat mediów, już dawno stanął na głowie i nie ma w tym ani grama czarnowidztwa. Takie są fakty. Żyjemy w erze pojęciowego bałaganu, który można by uporządkować w… pół sekundy. No, może niezupełnie w pół, choć wielu psychologów twierdzi, że dokładnie tyle brakuje telewidzowi. Dzięki temu mógłby biedaczyna odrobinę zastanowić się nad tym, co właśnie przyszło mu oglądać i zacząć cokolwiek z tego rozumieć. Bez różnicy, czy będzie to kolejna odsłona serialu o śledczych z komisji, balu u senatora, popisów amatora czy jeszcze innego „trele-morele”. Missing half second, ¬¬jak mówią uczeni, to bolączka dzisiejszego multimedialnego imperium. Tyle bowiem wystarcza, by świadomie umiejscowić oglądane tele-badziewie w nieco szerszym kontekście i – jak przystało na kulturalnego człowieka, co to odróżnia Antka Borynę od Tomasza Judyma – w miarę sensownie się do tego odnieść.
Ale jak się odnieść, skoro czasu brak? Co to to nie! Nie po to medialni producenci upychają w nas pop-papkę, by z nami o niej dyskutować. Nie nam pytać o ingrediencje. Mamy ją po prostu grzecznie przerzuć, przełknąć, przetrawić i poprosić o repetę. A medialne dania serwowane są w tempie iście fast-foodowym. Podziwiam możliwości pop-przemysłu, który niemal na poczekaniu gotów jest kreować kolejne mutacje znanych seriali, teleturniejów, powielać to, co przyniosło wcześniej zysk. A ta machina dopiero nabiera rozpędu.
Pół sekundy – czy doprawdy tak trudno je znaleźć i na spokojnie sobie pomyśleć o tym lub o owym? Jeśli dobrze się przyjrzeć, cóż, trudno. Rzeczywistość mediów to nie tylko twórcy, redaktorzy, scenarzyści, reżyserzy, artyści i aktorzy. To również, a może przede wszystkim, żelazne kleszcze praw rynku. A czas – w tym wypadku również nasze pół sekundy – to pieniądz. Najlepiej wiedzą o tym reklamodawcy. W bloku reklamowym ekran już od dawna nie pozostaje czarny ani na sekundy ćwierć. To nie PRL, kiedy to przez całe 5 minut, albo i dłużej, można było gapić się na zegar, ewentualnie imieninową pocztówkę. Walka o reklamodawcę trwa nieprzerwanie i kiedy zbierze się te brakujące półsekundówki, wychodzi, że do przetrawienia programu telewizyjnego statystycznemu oglądaczowi potrzeba już kilku kwadransów tygodniowo. Bez tej odrobiny namysłu mediapokalipsa wydaje się naprawdę bliska.
Czasem myślę sobie, że mam farta. Mam farta, bo miast się przejmować, tak naprawdę jestem diabelnie ciekaw, co będzie za te 10-20 lat. Pamiętam, jak co niektórzy kaznodzieje, ba, socjologowie, psychologowie i cały kwiat dziennikarstwa, biadali, załamując ręce nad pierwszą edycją Big Brothera. Koniec telewizji, upadek obyczajów, hołota i moralne szambo! A rzeczy, o którym filozofom i innym jasnowidzom się nie śniło, miały dopiero nadejść… Bo Gulczasy, Klaudiusze, Manuele i cała reszta wesołej gromadki przy niektórych celebrytach kalibru Joli Rutowicz to ludzie wcale na poziomie. Dziś już by się nie przebili. Nawet Frytka i jej przygoda w jacuzzi wydają się prawie romantyczne. To i słychać o niej coraz mniej. Dziś trzeba czegoś więcej. Przykłady?
Agca za ciężkie miliony opowiadać będzie o swoich premedytacjach. A gawiedź z wypiekami na twarzy będzie tego słuchać. Jeszcze kto pomyśli, że strzelać do drugiego jest w sumie fajnie? O fotel głowy państwa polskiego powalczy imć Kononowicz. Internet ponownie pogrąży się w Kono-ekstazie a na Allegro smutne swetry schodzić będą jak świeże bułeczki. Kto obejrzał program duetu Sekielski-Morozowski – ten ma dopiero farta! Mógł nie wiedzieć, a już wie, że Doda nie ma pojęcia, kto to jest Jacek Kurski. Warto, prawda? Dobra publicystyka zawsze w cenie. Mówiło się kiedyś, że papier jest cierpliwy. W dobie, gdy media papierowe odchodzą do lamusa, warto tę formułkę nieco podapgrejdować. Ekran jest równie cierpliwy i zniesie jeszcze więcej. Nawet Nelly Rokitę – to ponoć już niebawem – pod rękę z Maserakiem.
Przyznam, że brakuje mi wyobraźni, profeta ze mnie kiepski. Wszystko co potrafię sobie wyobrazić to ogromna machina medialna, której każdy jest elementem. Nie ma już osobnych telewizorów, komórek, kamer. Wszystko jest ze sobą w pełni zgodne i kompatybilne. Wszystko jest elementem jednego i tego samego medialnego lewiatana, który każdemu zaserwuje wszystko według potrzeb. Wystarczy się tylko wpiąć. Ale mam ten luksus, że nie muszę się tym martwić. A jeśli dalej będę mieć farta, to się dowiem, kogo nasz lewiatan zapoda za tych parę lat na ekrany. Już teraz uważnie śledzę ten pełzający Armagedon. Zawsze kiedy pomyślę, że oto nierządnica babilońska rozkłada uda, nagle pojawia się następna i mówi: u mnie jeszcze taniej. Końca nie widać!
Poczciwy dziad w Konopielce grzmiał, że z końcem świata nie tylko „wilki latać bedo”, ale „chłop z chłopem spać będzie, a baba z babo”. Sofcik, prawda? Ani to straszne, ani bulwersujące. Może nawet i sam wizjoner spod Taplar by się do tego w miarę szybko przyzwyczaił. A to dlatego, że jeszcze szło to sobie jakoś wyobrazić. A tego co jest dzisiaj nawet sam Lem nie przewidział. A genialny futurolog na mediach znał się jak mało kto. Mimo to napisał: „dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów”. Fakt, na to chyba i Nostradamusowi nie starczyłoby wyobraźni.
niedziela, 20 września 2009
Tortem w mózg
Wiem, że dawno mnie nie było, żeście się za mną stęsknili niemiłosiernie, ale oto... wróciłem. I od razu z kolejnym artykułem. Ukazało się toto w sierpniu na łamach "Charakterów" i we wrześniu na jednym z podportali "Gazety" - co mnie mocno zadziwiło. Bo dowiedziałem się o tym z drugiej, albo i trzeciej ręki. Zabawne, jeszcze nie podpisałem umowy, a tekst po sieci krąży... ;)
Pozwalam sobie go podlinkować, dobrze?
Co do treści - taka "Małpa" w pigułce. Kto mnie zna wie o co chodzi.
Pozwalam sobie go podlinkować, dobrze?
Co do treści - taka "Małpa" w pigułce. Kto mnie zna wie o co chodzi.
niedziela, 31 maja 2009
W oczekiwaniu na cud
Zelektryzowały mnie ostatnio słowa Maryli Rodowicz jakoby Doda była jej następczynią. Nie wiem nawet jak interpretować stanowisko pani Maryli, czy jest ono podszyte mimo wszystko pewną kpiną - zarówno z popkultury jak i jej zapamiętałych przeżuwaczy - czy może jednak wręcz przeciwnie, gorzkim stwierdzeniem faktu. Czym Rodowicz mogła się kierować? Przyrównaniem skali fenomenu? Popularności? Być może. Prócz tego owe indywidua (albowiem używanie pojęcia "artysta" w takim samym stopniu do Dody co do Rodowicz jest jednak policzkiem dla tej drugiej), różni dosłownie wszystko. Po pierwsze - sposób uprawiania swojej kariery.
Dla Rodowicz prócz pielęgnowania niezbywalnego w jej kawałkach elementu "pop", jest to mimo wszystko nieustający pojedynek twórcy i tworzywa. Jest, do cholery, jakaś droga artystyczna. I to wbrew temu, co mówi się o niej w kontekście śmierci Osieckiej. Rodowicz wcale nie znikła i nie jedzie tylko na "Balu" i "Małgośce". Z Nosowską robi rzeczy nie gorsze. Droga kariery Dody wiedzie z kolei przez wszystkie meandry popkultury z pominięciem dla niej tego pozornie najważniejszego - muzyki. O Dodzie mówi się w kontekście reklam lodów, w kontekście łysiny i bijatyk Radzia Majdana, mówi się w kontekście kupna nowej Lambo, ewentualnie kolejnej sesji dla Playboya (choć to lasia, jeśli już wydobyć ją spod skorupy pudru i cieni, bardzo przeciętna). O ile to, co robi Rodowicz z popkulturą nazwać można delikatnym flirtem (czasem wszak pojawi się w jakimś "Życiu na Gorąco", w jakiejś tam "Gali"), o tyle działania Dody przypominają perwerę bez trzymanki.
Po drugie - repertuar. Doda nigdy, przenigdy nie miała i nie będzie mieć hitów na miarę tych, które śpiewała Rodowicz. "Nie martw się, uśmiechnij się"? Pozostawiam to bez komentarza. Osiecka i Nosowska mogłyby poczuć się porównaniem jakie Rodowicz niedawno poczyniła - bez przymierzania - obrzygane. Przekaz jest bowiem totalnie o niczym, piosenki pisane i grane jednym palcem nie mają w sobie jednej sensownej sylaby. Piosenek Dody nie ma bez niej samej, muzyka i słowa Rodowicz bronią się same. Bez zjawiska medialnego któremu na imię, cytuję, "diamentowa suka", okalanego wulgarnością i pseudo-polotem, materiał Rabczewskej nie miałby szans na jakąkolwiek uwagę.
Ech... szkoda gadać. Powiedzmy, że Rodowicz popełniła małą gafę i przejdźmy nad nią do porządku dziennego. Chyba, że na Rabczewską spojrzymy nieco inaczej - jako na to wszystko, co popkultura początku XXI wieku ma najlepszego do zaoferowania, jeśli chcieć znaleźć w niej coś na miarę (bardzo marną) Rodowicz. Wtedy może faktycznie Doda jest jej następczynią, ale tylko dlatego, że jak śpiewa Rodowicz, "hej, gorzej być nie może. Więc czemu by nie położyć się i na lekkim rauszu, w pozycji na znak czekać na cud"? No to czekamy.
Dla Rodowicz prócz pielęgnowania niezbywalnego w jej kawałkach elementu "pop", jest to mimo wszystko nieustający pojedynek twórcy i tworzywa. Jest, do cholery, jakaś droga artystyczna. I to wbrew temu, co mówi się o niej w kontekście śmierci Osieckiej. Rodowicz wcale nie znikła i nie jedzie tylko na "Balu" i "Małgośce". Z Nosowską robi rzeczy nie gorsze. Droga kariery Dody wiedzie z kolei przez wszystkie meandry popkultury z pominięciem dla niej tego pozornie najważniejszego - muzyki. O Dodzie mówi się w kontekście reklam lodów, w kontekście łysiny i bijatyk Radzia Majdana, mówi się w kontekście kupna nowej Lambo, ewentualnie kolejnej sesji dla Playboya (choć to lasia, jeśli już wydobyć ją spod skorupy pudru i cieni, bardzo przeciętna). O ile to, co robi Rodowicz z popkulturą nazwać można delikatnym flirtem (czasem wszak pojawi się w jakimś "Życiu na Gorąco", w jakiejś tam "Gali"), o tyle działania Dody przypominają perwerę bez trzymanki.
Po drugie - repertuar. Doda nigdy, przenigdy nie miała i nie będzie mieć hitów na miarę tych, które śpiewała Rodowicz. "Nie martw się, uśmiechnij się"? Pozostawiam to bez komentarza. Osiecka i Nosowska mogłyby poczuć się porównaniem jakie Rodowicz niedawno poczyniła - bez przymierzania - obrzygane. Przekaz jest bowiem totalnie o niczym, piosenki pisane i grane jednym palcem nie mają w sobie jednej sensownej sylaby. Piosenek Dody nie ma bez niej samej, muzyka i słowa Rodowicz bronią się same. Bez zjawiska medialnego któremu na imię, cytuję, "diamentowa suka", okalanego wulgarnością i pseudo-polotem, materiał Rabczewskej nie miałby szans na jakąkolwiek uwagę.
Ech... szkoda gadać. Powiedzmy, że Rodowicz popełniła małą gafę i przejdźmy nad nią do porządku dziennego. Chyba, że na Rabczewską spojrzymy nieco inaczej - jako na to wszystko, co popkultura początku XXI wieku ma najlepszego do zaoferowania, jeśli chcieć znaleźć w niej coś na miarę (bardzo marną) Rodowicz. Wtedy może faktycznie Doda jest jej następczynią, ale tylko dlatego, że jak śpiewa Rodowicz, "hej, gorzej być nie może. Więc czemu by nie położyć się i na lekkim rauszu, w pozycji na znak czekać na cud"? No to czekamy.
niedziela, 12 kwietnia 2009
Z innej beczki. Całkiem innej.
A zatem, dziś o czym innym.
Mamy świąteczny czas, na stole pisanki, po ulicach buszują zające, gdzieniegdzie panoszą się kurczaki. Słowem, czas jak każdy inny, żeby posłuchać ponadczasowej muzyki. Wiele jest takich kawałków, o których mógłbym powiedzieć, że w moim odczuciu stanowią prawdziwe arcydzieło. Ale arcydzieł takich, że jakimś sposobem zapamięta je cały wszechświat, jakaś taka mądrość zupełnie niezależna od człowieka, duch dziejów, alfa i omega, że jak za ileś tam tysiącleci ludzi już nie będzie, to takie dzieło będzie trwać dalej, jakimś zrządzeniem czasoprzestrzeni - a więc arcydzieł takich, jak rzekłem, jest już znacznie mniej. Do takich dzieł zaliczam np. toccatę dorycką d-moll Bacha. Zobaczycie, ludzi nie będzie, a kosmos będzie sobie to jeszcze długo nucił.
Ale ostatnio nawet moja ukochana toccata dorycka poszła w niedługą co prawda, ale jednak odstawkę.
Miałem ten utwór wcześniej, ale z takimi kawałkami bywa jak z mantrą. Jak się długo tego słucha, długo i parokrotnie, umysł wbija się na zupełnie inny lewel i doświadcza czegoś niecodziennego, nieopisanego. Utwór długi jak na nasze pop standardy niebywale, bo ponad ośmiominutowy.
Powiem tak.
1) Na last.fm powstała specjalna grupa wielbicieli.
2) Każdy z nich opowiada o nim niestworzone rzeczy. Że to już nie "song" tylko "feeling".
3) Ludzie dzielą się nawet między sobą metodami słuchania. Na leżąco, w ciemności, na plaży, pod gwiazdami. Generalnie ma być ciemno i cicho. I samotnie.
4) Utwór zupełnie się nie nudzi, choć główny temat nie składa się więcej niż z 5 nut (co prawda "do nieba to piekła" Blue Cafe składa się z czterech, ale to inna historia).
5) Słuchacze doświadczają metafizycznych przeżyć - po odsłuchaniu dotykają wciąż tematów ponadczasowych, filozoficznych, ocierając się o wątki egzystencjalne, ba, apokaliptyczne (np. twierdzą, że ten kawałek to temat, dla którego tłem byłby ostatni człowiek na ziemi wpatrujący się w zagładę słońca - supernową). Poza tym przypomina im się nierzadko całe życie, płaczą na potęgę...
6) Chris Clark, świetny elektroniczny instrumentalista twierdzi, że utwór ten winien być rozpatrzony jako kandydat na 8 cud świata. I ma w tym cholernie dużo racji.
I TAK DALEJ
Nie wiem, czy mamy do czynienia z jakim neuro-muzycznym-programowaniem, czy jeszcze inną manipulacją. Wiem jedno - jestem totalnie uzależniony.
Panie panowie, Autechre i VLetrmx21. Wysokich lotów życzę.
Mamy świąteczny czas, na stole pisanki, po ulicach buszują zające, gdzieniegdzie panoszą się kurczaki. Słowem, czas jak każdy inny, żeby posłuchać ponadczasowej muzyki. Wiele jest takich kawałków, o których mógłbym powiedzieć, że w moim odczuciu stanowią prawdziwe arcydzieło. Ale arcydzieł takich, że jakimś sposobem zapamięta je cały wszechświat, jakaś taka mądrość zupełnie niezależna od człowieka, duch dziejów, alfa i omega, że jak za ileś tam tysiącleci ludzi już nie będzie, to takie dzieło będzie trwać dalej, jakimś zrządzeniem czasoprzestrzeni - a więc arcydzieł takich, jak rzekłem, jest już znacznie mniej. Do takich dzieł zaliczam np. toccatę dorycką d-moll Bacha. Zobaczycie, ludzi nie będzie, a kosmos będzie sobie to jeszcze długo nucił.
Ale ostatnio nawet moja ukochana toccata dorycka poszła w niedługą co prawda, ale jednak odstawkę.
Miałem ten utwór wcześniej, ale z takimi kawałkami bywa jak z mantrą. Jak się długo tego słucha, długo i parokrotnie, umysł wbija się na zupełnie inny lewel i doświadcza czegoś niecodziennego, nieopisanego. Utwór długi jak na nasze pop standardy niebywale, bo ponad ośmiominutowy.
Powiem tak.
1) Na last.fm powstała specjalna grupa wielbicieli.
2) Każdy z nich opowiada o nim niestworzone rzeczy. Że to już nie "song" tylko "feeling".
3) Ludzie dzielą się nawet między sobą metodami słuchania. Na leżąco, w ciemności, na plaży, pod gwiazdami. Generalnie ma być ciemno i cicho. I samotnie.
4) Utwór zupełnie się nie nudzi, choć główny temat nie składa się więcej niż z 5 nut (co prawda "do nieba to piekła" Blue Cafe składa się z czterech, ale to inna historia).
5) Słuchacze doświadczają metafizycznych przeżyć - po odsłuchaniu dotykają wciąż tematów ponadczasowych, filozoficznych, ocierając się o wątki egzystencjalne, ba, apokaliptyczne (np. twierdzą, że ten kawałek to temat, dla którego tłem byłby ostatni człowiek na ziemi wpatrujący się w zagładę słońca - supernową). Poza tym przypomina im się nierzadko całe życie, płaczą na potęgę...
6) Chris Clark, świetny elektroniczny instrumentalista twierdzi, że utwór ten winien być rozpatrzony jako kandydat na 8 cud świata. I ma w tym cholernie dużo racji.
I TAK DALEJ
Nie wiem, czy mamy do czynienia z jakim neuro-muzycznym-programowaniem, czy jeszcze inną manipulacją. Wiem jedno - jestem totalnie uzależniony.
Panie panowie, Autechre i VLetrmx21. Wysokich lotów życzę.
wtorek, 7 kwietnia 2009
Wyłom w murze i zło w okienku, czyli polska batalia o wolny rynek
Państwo to ja – mawiał król Ludwik. Jednak postawiony pomiędzy sektorem MSP, fiskusem, ZUS-em i biurokracją struchlałby i mówił mediom to samo, co polscy politycy: Państwo to nie ja! Państwo to urzędnicy!
Mówi się, że żyjemy w gospodarce wolnorynkowej. Ale mówi się i inaczej. Mówi się, że gospodarką wolnorynkową Polska była i być przestała. Kiedy to było? Tuż po upadku Muru Berlińskiego, w pierwszej połowie lat 90-tych. Wtedy to, jeśli przypomnieć sobie nawet treści popkultury, przeżywaliśmy intensywne zachłystywanie się wolnością gospodarczą. Ideałem Polaka stał się wówczas prywaciarz, przedstawiciel small-biznesu, a czasem nawet biznesu nieco większego. Nawet poczciwy fajtłapa Stefan Karwowski, legendarny „40-latek 20 lat później” parał się zakładaniem własnej spółki i rozkręcaniem biznesu, a jego koledzy po fachu urządzali pizzerie, intensywnie inwestowali lub handlowali tym i owym.
Wtedy też dominowało przekonanie, że by założyć firmę wystarczy sam pomysł. Potem w delikatne relacje łączące rynek z przedsiębiorcą władowało się państwo. Zdecydowano, że zbyt proste procedury obowiązkowo należy uściślić (utrudnić), że samowolę biznesmenów należy ukrócić zakładając specjalne ciała trudniące się niespodziewanymi inspekcjami i w ogóle całą tę wolność uregulować. Skutkiem czego po pierwsze: wolnorynkowe ideały są dziś niczym więcej jak tylko ideałami; po drugie zaś – dzisiejsze stereotypy i przekonania na temat startowania z własną firmą są już zupełnie inne: kierat i mordęga, na spotkanie z którymi warto wyposażyć się w mosiężne siedzenie i anielską cierpliwość do wypełniania druczków i grzecznego odpowiadania na wszystkie pytania urzędników-łaskawców.
Zainteresowani? Zapraszam do przeczytania całego artykułu w numerze specjalnym "Przeglądu Finansowego Bankier.pl"
Mówi się, że żyjemy w gospodarce wolnorynkowej. Ale mówi się i inaczej. Mówi się, że gospodarką wolnorynkową Polska była i być przestała. Kiedy to było? Tuż po upadku Muru Berlińskiego, w pierwszej połowie lat 90-tych. Wtedy to, jeśli przypomnieć sobie nawet treści popkultury, przeżywaliśmy intensywne zachłystywanie się wolnością gospodarczą. Ideałem Polaka stał się wówczas prywaciarz, przedstawiciel small-biznesu, a czasem nawet biznesu nieco większego. Nawet poczciwy fajtłapa Stefan Karwowski, legendarny „40-latek 20 lat później” parał się zakładaniem własnej spółki i rozkręcaniem biznesu, a jego koledzy po fachu urządzali pizzerie, intensywnie inwestowali lub handlowali tym i owym.
Wtedy też dominowało przekonanie, że by założyć firmę wystarczy sam pomysł. Potem w delikatne relacje łączące rynek z przedsiębiorcą władowało się państwo. Zdecydowano, że zbyt proste procedury obowiązkowo należy uściślić (utrudnić), że samowolę biznesmenów należy ukrócić zakładając specjalne ciała trudniące się niespodziewanymi inspekcjami i w ogóle całą tę wolność uregulować. Skutkiem czego po pierwsze: wolnorynkowe ideały są dziś niczym więcej jak tylko ideałami; po drugie zaś – dzisiejsze stereotypy i przekonania na temat startowania z własną firmą są już zupełnie inne: kierat i mordęga, na spotkanie z którymi warto wyposażyć się w mosiężne siedzenie i anielską cierpliwość do wypełniania druczków i grzecznego odpowiadania na wszystkie pytania urzędników-łaskawców.
Zainteresowani? Zapraszam do przeczytania całego artykułu w numerze specjalnym "Przeglądu Finansowego Bankier.pl"
Subskrybuj:
Posty (Atom)

