Że Rymanowski dostał "Dziennikarza Roku" - wiadomo. Że Pacewicz uczynił zeń roku niedziennikarza - też wiadomo. Może to mało "si", ale popieram Pacewicza. Z wielu powodów, z których jeden jest podtytułem owego bloga. Nie będę wchodził w szczegóły, dzisiejszy post będzie krótki. Śmieszą mnie odpowiedzi kierownictwa TVN, w których odwołują się co poniektórzy do szeroko rozumianego "poszanowania dla widza". Widzowie lubią nasze programy. Widzowie doceniają Rymanowskiego. Widzowie to, tamto. A skoro widzowie to tamto, to Rymanowski dziennikarzem roku jest i basta. Mój boże, od kiedy to większość ma rację? Ok, nie wchodzimy w szczegóły. Powiem jedynie, że sam Bogdan Rymanowski też pod tym względem rozbawił mnie setnie, a to za sprawą wywiadu w Pressie (mało nie utonąłem we własnej wannie, choć w tym miejscu brawa dla redaktorki, która zadawała mu pytania takie, które sam chętnie bym mu zadał). Ów odpowiadając na zarzuty, że zaprasza gości-pajaców ostrzeliwujących się na przemian inwektywami, chamusiów i szczekaczy, ot, dla zwykłego widowicha, wypalił ripostą (chyba oprawię to w ramki):
"Gdyby moja praca polegała na tym, że zapraszam dwóch pajaców i oni robią mi cały program, to przeciętnego widza musielibyśmy uznać za idiotę."
[śmiech z taśmy] Panie Bogdanie, jak by to Panu powiedzieć, żeby i Pana, i - przede wszystkim - przeciętnego polskiego szarego przeżuwacza reklam i reszty tele-papki nie urazić...
poniedziałek, 26 stycznia 2009
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Skończyła się pewna epoka. Znowu
No i stało się.
Pamiętam ten dzień, kiedy to pomny pierwszych edycji Big Brothera wynosiłem pod niebiosa takich tytanów intelektu jak Gulczas czy Klaudiusz grill-kuchta, ba! Frytka czy Ken! Rzeczywiście z każdą edycją było coraz gorzej i nikomu nie trzeba o tym oczywistym fakcie przypominać. Pamiętamy, jak to całe, że tak powiem "Towarzystwo", a zatem wszelakiej maści autorytety, filozofowie, etycy, komentatorzy i eksperci wylewało wiadrami pomyje na te kloacze eksperymenty jakimi jawiły się wówczas dywagacje Dzięciołów i jemy dusz pokrewnych przed kamerami o tym i o owym. O, ludzie małej wiary! Jakimi bowiem rarytasami jawią nam się bowiem te tele-przysmaki wobec odpadów, które pojawiają się dziś! Pamiętam, jak rzekłem, jak to zastanawiałem się, kto przebije poziomem głupoty Frytkę. Przebito ją z okładem - mieliśmy bowiem Dodę. Kto dołował jeszcze bardziej - co już było wyczynem graniczącym z ekstremum i grożącym śmiercią lub trwałym kalectwem? Oczywiście Jola Rutowicz. To już dno - myślałem. Niżej nie można. O, człowieku małej wiary. Można.
Panna czerń-wpadająca-w róż została znokautowana. Każdym pojedynczym parametrem. Z brzydotą na czele. Oto - jak ją już okrzyknięto - polska Grace Jones, co dla biednej Grace jest niewątpliwym policzkiem przez całe ucho, aż huczy. Panna bóg-raczy-wiedzieć-skąd zdążyła już przyćmić blask fleszy swą kasztanową opalenizną (choć właściwsze określenie to solar-skorupa) i to taką, przy której Kasia Skrzynecka przypomina albinosa. Na twarzy ma toto wszystkie kolory tęczy, tęcza ta zresztą przysłonięta jest miejscami blond-grzywą na skos. Gdyby ktoś miał wątpliwości czy przypadkiem nie patrzy na dostawczaka po kolizji z murem berlińskim - maszkara ta jest wydepilowana w miejscach gdzie normalnym ludziom słońce i fotoreporterzy rzadko zaglądają (jej wręcz przeciwnie). Podobno śpiewa.
Szukajcie a znajdziecie
Panie i panowie, Iza 3D.
Pamiętam ten dzień, kiedy to pomny pierwszych edycji Big Brothera wynosiłem pod niebiosa takich tytanów intelektu jak Gulczas czy Klaudiusz grill-kuchta, ba! Frytka czy Ken! Rzeczywiście z każdą edycją było coraz gorzej i nikomu nie trzeba o tym oczywistym fakcie przypominać. Pamiętamy, jak to całe, że tak powiem "Towarzystwo", a zatem wszelakiej maści autorytety, filozofowie, etycy, komentatorzy i eksperci wylewało wiadrami pomyje na te kloacze eksperymenty jakimi jawiły się wówczas dywagacje Dzięciołów i jemy dusz pokrewnych przed kamerami o tym i o owym. O, ludzie małej wiary! Jakimi bowiem rarytasami jawią nam się bowiem te tele-przysmaki wobec odpadów, które pojawiają się dziś! Pamiętam, jak rzekłem, jak to zastanawiałem się, kto przebije poziomem głupoty Frytkę. Przebito ją z okładem - mieliśmy bowiem Dodę. Kto dołował jeszcze bardziej - co już było wyczynem graniczącym z ekstremum i grożącym śmiercią lub trwałym kalectwem? Oczywiście Jola Rutowicz. To już dno - myślałem. Niżej nie można. O, człowieku małej wiary. Można.
Panna czerń-wpadająca-w róż została znokautowana. Każdym pojedynczym parametrem. Z brzydotą na czele. Oto - jak ją już okrzyknięto - polska Grace Jones, co dla biednej Grace jest niewątpliwym policzkiem przez całe ucho, aż huczy. Panna bóg-raczy-wiedzieć-skąd zdążyła już przyćmić blask fleszy swą kasztanową opalenizną (choć właściwsze określenie to solar-skorupa) i to taką, przy której Kasia Skrzynecka przypomina albinosa. Na twarzy ma toto wszystkie kolory tęczy, tęcza ta zresztą przysłonięta jest miejscami blond-grzywą na skos. Gdyby ktoś miał wątpliwości czy przypadkiem nie patrzy na dostawczaka po kolizji z murem berlińskim - maszkara ta jest wydepilowana w miejscach gdzie normalnym ludziom słońce i fotoreporterzy rzadko zaglądają (jej wręcz przeciwnie). Podobno śpiewa.
Szukajcie a znajdziecie
Panie i panowie, Iza 3D.
sobota, 17 stycznia 2009
Memy i inne rewelacje
Poprosił mnie niedawno mój kolega zakładowy o parę słów na temat memów, czyli (w sumie nie wiadomo do końca, ale możliwe że) żyjątek, z których składa się nasza - i nie tylko nasza - kultura. Szumnie przedstawił mnie na swoim blogu jako niekwestionowany autorytet na skalę ogólnopolską w tej właśnie materii. Niech i tak będzie. Po prawdzie to może i zajmowałem się tym niegdyś, a o maczaniu w tym paluchów wspominałem zresztą i tutaj, jednakże zarzuciłem nieco ten zbiór hipotez. Specjalnie używam tutaj tego określenia, albowiem trudno memetykę uznać za teorię. Moim zdaniem jest to sprawa nieweryfikowalna zupełnie, a skoro tak...
W każdym razie być może znajdzie się ktoś zainteresowany tematem. Odsyłam zatem nie tylko do wikipedycznej definicji (co ciekawe, wielu twórców wikipedii jest zagorzałymi entuzjastami memów), ale i do polskich źródeł, w tworzeniu których miałem przyjemność uczestniczyć. Jeśliby ktoś chciał się zapoznać ze znaczną dozą polskiego dorobku w tej dziedzinie - oto ona. Trzy ostatnie zeszyty to zbiorki prac o memach.
Oczywiście przy okazji nieco się podlansuję podlinkowując te oto, przełomowe rzecz jasna, akapity:
Współczesne MedJA
Brzytwą po memach
Naśladownictwo i odtwarzanie w ontogenezie człowieka
Polecam w sumie drugi, bo tam mówię na temat wartości memetyki wszystko, co faktycznie mam w tej kwestii do powiedzenia... Czołem!
W każdym razie być może znajdzie się ktoś zainteresowany tematem. Odsyłam zatem nie tylko do wikipedycznej definicji (co ciekawe, wielu twórców wikipedii jest zagorzałymi entuzjastami memów), ale i do polskich źródeł, w tworzeniu których miałem przyjemność uczestniczyć. Jeśliby ktoś chciał się zapoznać ze znaczną dozą polskiego dorobku w tej dziedzinie - oto ona. Trzy ostatnie zeszyty to zbiorki prac o memach.
Oczywiście przy okazji nieco się podlansuję podlinkowując te oto, przełomowe rzecz jasna, akapity:
Współczesne MedJA
Brzytwą po memach
Naśladownictwo i odtwarzanie w ontogenezie człowieka
Polecam w sumie drugi, bo tam mówię na temat wartości memetyki wszystko, co faktycznie mam w tej kwestii do powiedzenia... Czołem!
sobota, 3 stycznia 2009
Czy popkultura to w ogóle kultura? Zapraszam do luźnych rozważań...
Przyzwyczajeni jesteśmy do myślenia o nas samych jako o podmiocie dziejów. Ludzka cywilizacja postrzegana jest przez nas samych jako – wszystko jedno, dobre czy złe – ale jednak niemałe osiągnięcie. Lubimy myśleć, że jest ona wytworem naszych pragnień, myśli i działań. Lubimy wskazywać na cele, które ponoć nam przyświecają, świadomość, że jesteśmy twórcami kultury jest dla nas w jakichś sposób kojąca, sprawia, że odczuwamy mimo wszystko pewnego rodzaju dumę. Sądzę, że stanowisko takie jest uprawnione niestety w nie wszystkich przypadkach. Zwierzęta w cyrku potrafią nas zadziwiać swoją zręcznością. Obserwując niedźwiedzie jeżdżące na rowerze, lwy przechadzające się po linie lub małpy żonglujące piłeczkami trudno jednak, byśmy patrzyli na nie jako na twórców, faktycznych artystów, kogoś, kto faktycznie ma zamiar doskonalić się w pewnej sztuce. Zadziwia nas ich precyzja, jednak nie intencje, które za nią stoją. One – jeżeli tylko zechcemy się nad nimi chwilę zastanowić – wzbudzać mogą nawet pożałowanie i litość. W świecie kultury popularnej, w społeczeństwie masowym, pytanie o to, na ile należy postrzegać nas jako faktycznych twórców swojej kultury należy postawić po raz kolejny. Przyjęło się myśleć, że jedną z cech biologicznych człowieka, cech wyróżniających nas jako gatunek, jest zdolność do tworzenia i przekazywania kultury. W jakim stopniu jesteśmy dziś twórcami kultury? W jakim stopniu przekazujemy ją dalej? Czy faktycznie działania te należy uznać jako w pełni kulturowe? Jeżeli natomiast nie jest tak, to czym jest owa para-kultura otaczająca nas w około? I jakimi rządzi się prawami?
Popkultura nie liczy na wymianę poglądów, liczy natomiast na zwrócenie uwagi, liczy na nawiązanie kontaktu, na zainteresowanie – dokładnie jak ma to miejsce w nielingwistycznych rozmowach dorosłych z dziećmi. Rzeczywistość reklamy, bajeru, hasła, nagłówka, leadu, logo – czy nie przypomina ona wielkiego zbioru bodźców, które nie tyle mają za zadanie komunikować i zachęcać do rozmowy, ile zaskakiwać, bawić? Ich cel to podtrzymanie kontaktu, nie zaś zachęta do prowadzenia merytorycznej dyskusji. Tutaj jawi się kolejna podstawowa różnica pomiędzy kulturą a popkulturą: ta druga, w przeciwieństwie do pierwszej, nie jest dyskursywna, na co niegdyś wskazywał lingwista Michaił Bachtin. Kultura jest bowiem dialogiem, jest bezustannie wykuwana i przekuwana w umysłach swoich nosicieli, jest modyfikowana, nieustannie ewoluuje, jest negowana, poddawana w wątpliwość i ponownie potwierdzana, jest dyskutowalna, komunikowalna. Podobnie rzecz ma się w codziennej komunikacji językowej, gdzie nadawca z odbiorcą nieustannie zamieniają się rolami. W przypadku popkultury nie ma czegoś takiego jak zamiana ról. Tam nadawca i odbiorca ustaleni są raz na zawsze. Z popkulturą i w jej obrębie nie sposób prowadzić dyskusji, podobnie jak nie sposób dyskutować z produktami wyłożonymi na sklepowej półce. Nie po to są one stworzone. Można dyskutować z ich wytwórcami, jednak w tej chwili wykraczamy poza sklepową rzeczywistość, tak samo jak dyskutując z nadawcą funkcjonujemy poza obrębem popkultury. Skala występowania zjawisk pop i samo nastawienie na masowy odbiór spłaszcza i upraszcza przekaz, sprawia, że oferowany produkt nie wymaga od odbiorcy żadnego zaangażowania poza tym typowo „merkantylnym”. Produkt popkultury nastawiony jest nie na dyskurs kulturowy, a ekonomiczny. Jego zadaniem jest przebić się w walce na rynku, nie jest to jednak rynek idei. Uczestnik popkultury nie jest istotą kulturową. Jest publicznością, samotnym oglądaczem, gapiem zza szyby, klientem, jest jedynie osobą kultywującą anonimową relację łączącą go z producentem. Reprezentuje stronę popytową, tak samo bezosobową jaką jest ta znana z giełd określana lakonicznym zwrotem „byki”. Tym jednak różnią się w sposobach funkcjonowania od inwestorów, że rzadko stają się stroną podażową.
Trochę to pesymistyczne, ale tak właśnie, cholera, uważam.
Popkultura nie liczy na wymianę poglądów, liczy natomiast na zwrócenie uwagi, liczy na nawiązanie kontaktu, na zainteresowanie – dokładnie jak ma to miejsce w nielingwistycznych rozmowach dorosłych z dziećmi. Rzeczywistość reklamy, bajeru, hasła, nagłówka, leadu, logo – czy nie przypomina ona wielkiego zbioru bodźców, które nie tyle mają za zadanie komunikować i zachęcać do rozmowy, ile zaskakiwać, bawić? Ich cel to podtrzymanie kontaktu, nie zaś zachęta do prowadzenia merytorycznej dyskusji. Tutaj jawi się kolejna podstawowa różnica pomiędzy kulturą a popkulturą: ta druga, w przeciwieństwie do pierwszej, nie jest dyskursywna, na co niegdyś wskazywał lingwista Michaił Bachtin. Kultura jest bowiem dialogiem, jest bezustannie wykuwana i przekuwana w umysłach swoich nosicieli, jest modyfikowana, nieustannie ewoluuje, jest negowana, poddawana w wątpliwość i ponownie potwierdzana, jest dyskutowalna, komunikowalna. Podobnie rzecz ma się w codziennej komunikacji językowej, gdzie nadawca z odbiorcą nieustannie zamieniają się rolami. W przypadku popkultury nie ma czegoś takiego jak zamiana ról. Tam nadawca i odbiorca ustaleni są raz na zawsze. Z popkulturą i w jej obrębie nie sposób prowadzić dyskusji, podobnie jak nie sposób dyskutować z produktami wyłożonymi na sklepowej półce. Nie po to są one stworzone. Można dyskutować z ich wytwórcami, jednak w tej chwili wykraczamy poza sklepową rzeczywistość, tak samo jak dyskutując z nadawcą funkcjonujemy poza obrębem popkultury. Skala występowania zjawisk pop i samo nastawienie na masowy odbiór spłaszcza i upraszcza przekaz, sprawia, że oferowany produkt nie wymaga od odbiorcy żadnego zaangażowania poza tym typowo „merkantylnym”. Produkt popkultury nastawiony jest nie na dyskurs kulturowy, a ekonomiczny. Jego zadaniem jest przebić się w walce na rynku, nie jest to jednak rynek idei. Uczestnik popkultury nie jest istotą kulturową. Jest publicznością, samotnym oglądaczem, gapiem zza szyby, klientem, jest jedynie osobą kultywującą anonimową relację łączącą go z producentem. Reprezentuje stronę popytową, tak samo bezosobową jaką jest ta znana z giełd określana lakonicznym zwrotem „byki”. Tym jednak różnią się w sposobach funkcjonowania od inwestorów, że rzadko stają się stroną podażową.
Trochę to pesymistyczne, ale tak właśnie, cholera, uważam.
środa, 31 grudnia 2008
Na koniec roku...
...sporawy bonusik. Kosztowało nas to niemało pracy, dlatego tym bardziej zachęcam do zapoznania się z treścią. Na tapecie znalazło się 300 tys. materiałów prasowych z ostatniego roku dotyczących największych dziesięciu branż obecnych na polskim rynku. W ramach każdej z nich wyodrębniliśmy pięć dominujących podmiotów. Za nami niezła harówka, ale i wynik niczego sobie. Nasz projekt - TOP Marka - zapełnił bowiem niemały dodatek miesięcznika Press. Życzę miłej lektury, choć wersja on-line, chyba tego nie umożliwia do końca... Do kiosków, saloników, empików i innych takich!
wtorek, 30 grudnia 2008
Media o płatnościach bezgotówkowych
Polski sposób myślenia o gotówce zmienia się. Płatności bezgotówkowe dają poczucie zasobności a wygodą kuszą nawet najbardziej opornych. Banki czują tę niszę a media w promocji takich rozwiązań są dla nich więcej niż prawą ręką.
Statystyka nie kłamie. Na jedną kartę płatniczą w Polsce przypada zaledwie kilkanaście płatności na rok! Jesteśmy szarym końcem Europy. Po drugie, niby ekscytujemy się 8, 9, 10 milionami wydanych kart, zapominamy jednak, że znaczny procent społeczeństwa w ogóle nie korzysta z usług bankowych co dopiero mówić o takich abstrakcjach jak płatność bezgotówkowa. Banki robią co mogą, by ten trend zmienić. I to widać. Dzięki ich działaniom, klimat medialny przyjmuje formę nieustannej promocji plastikowych pieniędzy a ich przekaz daje się streścić w jednym zdaniu: „Rodacy! Nie ma się czego bać!”.
Obraz oferty bankowej w mediach jest o tyle specyficzny, że można nią odmierzać czas. Banki należą do najbardziej dynamicznych pod tym względem podmiotów na rynku i praktycznie w każdym miesiącu można oczekiwać pojawienia się bardzo konkretnej oferty. Analogicznie na przestrzeni ostatniego roku ma się sprawa z płatnościami bezgotówkowymi. Polskie społeczeństwo stopniowo, acz systematycznie i z uporem, bogaci się, w związku z czym popularność tej formy transakcji systematycznie rośnie. Banki doskonale wyczuwają tę rodzącą się niszę i – patrząc na to, co dzieje się w mediach – eksploatują ją aż furczy! Jeżeli nadarza się po temu okazja – tym lepiej. Na wiosnę możemy więc poczytać o stosownych kredytach wielkanocnych, latem obserwujemy prawdziwą erupcję propozycji wakacyjnych (od kart dla dzieci wybierających się na kolonie i obozy poprzez najprzeróżniejsze plastiki dla szeregowych turystów). Jesień zdominowana jest ofertą dla studentów, a koniec roku upływa pod znakiem kart świątecznych.
Przestrzeń prasowa pracuje wyraźnie pod dyktando owego specyficznego zegara. W jej obrębie dostrzegamy głównie dwa rodzaje doniesień. Pierwszy typ to promocja samej karty, niekiedy oparta – niemal słowo w słowo – o informacje prasowe wypływające z centrali banków. Czytelnicze oko na dodatek cieszy zazwyczaj barwne zdjęcie połyskującej plastikowej powierzchni proponowanego produktu. Drugi rodzaj informacji jest bardziej ogólny i zazwyczaj anonsowany jest tytułem z gatunku „wybierz najlepszą kartę”. W tego rodzaju materiałach widzimy stosowne zestawienia, rankingi, porównania a tekst ma charakter częściowo instruktażowy.
Zainteresowanym wątkiem polecam całość, czyli tekst na łamach "Przeglądu Finansowego".
Statystyka nie kłamie. Na jedną kartę płatniczą w Polsce przypada zaledwie kilkanaście płatności na rok! Jesteśmy szarym końcem Europy. Po drugie, niby ekscytujemy się 8, 9, 10 milionami wydanych kart, zapominamy jednak, że znaczny procent społeczeństwa w ogóle nie korzysta z usług bankowych co dopiero mówić o takich abstrakcjach jak płatność bezgotówkowa. Banki robią co mogą, by ten trend zmienić. I to widać. Dzięki ich działaniom, klimat medialny przyjmuje formę nieustannej promocji plastikowych pieniędzy a ich przekaz daje się streścić w jednym zdaniu: „Rodacy! Nie ma się czego bać!”.
Obraz oferty bankowej w mediach jest o tyle specyficzny, że można nią odmierzać czas. Banki należą do najbardziej dynamicznych pod tym względem podmiotów na rynku i praktycznie w każdym miesiącu można oczekiwać pojawienia się bardzo konkretnej oferty. Analogicznie na przestrzeni ostatniego roku ma się sprawa z płatnościami bezgotówkowymi. Polskie społeczeństwo stopniowo, acz systematycznie i z uporem, bogaci się, w związku z czym popularność tej formy transakcji systematycznie rośnie. Banki doskonale wyczuwają tę rodzącą się niszę i – patrząc na to, co dzieje się w mediach – eksploatują ją aż furczy! Jeżeli nadarza się po temu okazja – tym lepiej. Na wiosnę możemy więc poczytać o stosownych kredytach wielkanocnych, latem obserwujemy prawdziwą erupcję propozycji wakacyjnych (od kart dla dzieci wybierających się na kolonie i obozy poprzez najprzeróżniejsze plastiki dla szeregowych turystów). Jesień zdominowana jest ofertą dla studentów, a koniec roku upływa pod znakiem kart świątecznych.
Przestrzeń prasowa pracuje wyraźnie pod dyktando owego specyficznego zegara. W jej obrębie dostrzegamy głównie dwa rodzaje doniesień. Pierwszy typ to promocja samej karty, niekiedy oparta – niemal słowo w słowo – o informacje prasowe wypływające z centrali banków. Czytelnicze oko na dodatek cieszy zazwyczaj barwne zdjęcie połyskującej plastikowej powierzchni proponowanego produktu. Drugi rodzaj informacji jest bardziej ogólny i zazwyczaj anonsowany jest tytułem z gatunku „wybierz najlepszą kartę”. W tego rodzaju materiałach widzimy stosowne zestawienia, rankingi, porównania a tekst ma charakter częściowo instruktażowy.
Zainteresowanym wątkiem polecam całość, czyli tekst na łamach "Przeglądu Finansowego".
czwartek, 27 listopada 2008
Burza w szklance wody?
Szaleństwo i panika, w jakich pogrążyły się giełdy nie odwracają uwagi Polaków od działań deweloperów. Bo kryzys kryzysem, ale mieszkać gdzieś trzeba.
Na obraz sektora nieruchomości składają się informacje pochodzące z wielu różnych obszarów tematycznych i doprawdy trudno jest spośród nich wybrać te bardziej i mniej istotne. Są to bowiem doniesienia nie tylko bezpośrednio związane z kondycją spółek budowlanych, z ich działalnością, ofertą, ale również z ruchami wykonywanymi pod wpływem informacji dobiegających z rynków światowych, na opiniach klientów, więcej, zwykłych zjadaczy chleba kończąc. Jedno jest pewne: analizując przekaz medialny na temat rynku nieruchomości można dojść do wniosku, że strach, jaki padł na polskich deweloperów ma wielkie oczy.
Jeśli chcielibyśmy na obraz branży spojrzeć bardziej globalnie, nie ulega wątpliwości, że media kreślą przed nami pejzaż być może nie sielankowy, ale bardziej wyważony (polskich komentatorów i ekspertów – niekiedy w przeciwieństwie do dziennikarzy – cechuje bowiem dość umiarkowany i uspokajający ton i to nawet w obliczu kryzysów). A barwy owego pejzażu z pewnością nie są czarne. Po prostu mniej kolorowe. Oto z początkiem września na łamach „Gazety Wyborczej” czytamy, że gdyby sektor nieruchomości przyrównać do machiny o dziesięciu silnikach, sześć z nich pracowałoby na zwolnionych obrotach. To już wiele, by mieć ogólny obraz klimatu, z jakim obecnie mamy do czynienia w mediach. Przede wszystkim – machina wciąż jest na chodzie. Maleje aktywność firm deweloperskich, niepokój dotyka firmy wykonawcze i producentów materiałów. Jednak daleko, a nawet bardzo daleko nam do paniki. Wręcz przeciwnie, rzec można, że mimo przytaczanych alarmujących wyliczeń, branża ma się dobrze i równie częste, jeśli nie częstsze, są teksty, w których czytamy o sytuacji wcale niezłej. Czarne scenariusze – jak pisze „Dziennik” – przygotowywane na ten rok dla branży nieruchomości nie sprawdzają się. Czytamy więc, że sprzedaż jest mniejsza, ale wszak nie zerowa. Boom mija, ale w dalszym ciągu brakuje 1,5 mln lokali.
Istotny sygnał płynie również z działań konsumentów: choć o kredyt niełatwo, to zainteresowanie nimi rośnie a nie maleje. Prasa mówi wręcz o atmosferze spokoju, czy senności. I rzeczywiście, wystarczy spojrzeć w jakim tonie piszą główne tytuły prasowe: „Rynek nie jest już taki łatwy”, „Rynek czeka na jesienne ożywienie”, „Realne ceny mieszkań będą spadać”, których wymowa daleka jest od kasandrycznych wizji kryzysu. Przeciwnie, pomimo pewnych trudności, zainteresowanie ofertą wciąż jest duże. Trudności wydają się jedynie skutkować nieco mniej twardą polityką wobec klienta („Negocjacje stają się coraz bardziej elastyczne”), a apetyty i zachłanność deweloperów wydają się mniejsze („Deweloperzy ograniczają inwestycje”, „Inwestycje deweloperów spadły w wakacje o ponad jedną piątą”). Ton alarmujący, gdzie mowa jest o gwałtownych zwrotach i zapaściach pozostaje stosunkowo rzadki i w porównaniu z resztą przekazu posiada on nieduży zasięg oddziaływania. Owszem, czytamy o kłopotach ze sprzedażą i fatalnych wynikach i dane te faktycznie są fatalne, ale tylko w porównaniu z wynikami osiąganymi w okresie boomu. A temu kroku dotrzymać już trudniej. Windowanie cen po prostu przekroczyło możliwości nabywcze. Do masowych plajt i bankructw firm jednak daleko. Media mówią o rabatach, upustach, obniżkach, ale nie o stratach i upadkach a ceny oferowanych mieszkań to jeszcze nie bezcen, bo jak pisze „GW”, „Mieszkania wreszcie są tańsze, ale nadal drogie”.
A cały tekst znajdziecie tutaj.
Na obraz sektora nieruchomości składają się informacje pochodzące z wielu różnych obszarów tematycznych i doprawdy trudno jest spośród nich wybrać te bardziej i mniej istotne. Są to bowiem doniesienia nie tylko bezpośrednio związane z kondycją spółek budowlanych, z ich działalnością, ofertą, ale również z ruchami wykonywanymi pod wpływem informacji dobiegających z rynków światowych, na opiniach klientów, więcej, zwykłych zjadaczy chleba kończąc. Jedno jest pewne: analizując przekaz medialny na temat rynku nieruchomości można dojść do wniosku, że strach, jaki padł na polskich deweloperów ma wielkie oczy.
Jeśli chcielibyśmy na obraz branży spojrzeć bardziej globalnie, nie ulega wątpliwości, że media kreślą przed nami pejzaż być może nie sielankowy, ale bardziej wyważony (polskich komentatorów i ekspertów – niekiedy w przeciwieństwie do dziennikarzy – cechuje bowiem dość umiarkowany i uspokajający ton i to nawet w obliczu kryzysów). A barwy owego pejzażu z pewnością nie są czarne. Po prostu mniej kolorowe. Oto z początkiem września na łamach „Gazety Wyborczej” czytamy, że gdyby sektor nieruchomości przyrównać do machiny o dziesięciu silnikach, sześć z nich pracowałoby na zwolnionych obrotach. To już wiele, by mieć ogólny obraz klimatu, z jakim obecnie mamy do czynienia w mediach. Przede wszystkim – machina wciąż jest na chodzie. Maleje aktywność firm deweloperskich, niepokój dotyka firmy wykonawcze i producentów materiałów. Jednak daleko, a nawet bardzo daleko nam do paniki. Wręcz przeciwnie, rzec można, że mimo przytaczanych alarmujących wyliczeń, branża ma się dobrze i równie częste, jeśli nie częstsze, są teksty, w których czytamy o sytuacji wcale niezłej. Czarne scenariusze – jak pisze „Dziennik” – przygotowywane na ten rok dla branży nieruchomości nie sprawdzają się. Czytamy więc, że sprzedaż jest mniejsza, ale wszak nie zerowa. Boom mija, ale w dalszym ciągu brakuje 1,5 mln lokali.
Istotny sygnał płynie również z działań konsumentów: choć o kredyt niełatwo, to zainteresowanie nimi rośnie a nie maleje. Prasa mówi wręcz o atmosferze spokoju, czy senności. I rzeczywiście, wystarczy spojrzeć w jakim tonie piszą główne tytuły prasowe: „Rynek nie jest już taki łatwy”, „Rynek czeka na jesienne ożywienie”, „Realne ceny mieszkań będą spadać”, których wymowa daleka jest od kasandrycznych wizji kryzysu. Przeciwnie, pomimo pewnych trudności, zainteresowanie ofertą wciąż jest duże. Trudności wydają się jedynie skutkować nieco mniej twardą polityką wobec klienta („Negocjacje stają się coraz bardziej elastyczne”), a apetyty i zachłanność deweloperów wydają się mniejsze („Deweloperzy ograniczają inwestycje”, „Inwestycje deweloperów spadły w wakacje o ponad jedną piątą”). Ton alarmujący, gdzie mowa jest o gwałtownych zwrotach i zapaściach pozostaje stosunkowo rzadki i w porównaniu z resztą przekazu posiada on nieduży zasięg oddziaływania. Owszem, czytamy o kłopotach ze sprzedażą i fatalnych wynikach i dane te faktycznie są fatalne, ale tylko w porównaniu z wynikami osiąganymi w okresie boomu. A temu kroku dotrzymać już trudniej. Windowanie cen po prostu przekroczyło możliwości nabywcze. Do masowych plajt i bankructw firm jednak daleko. Media mówią o rabatach, upustach, obniżkach, ale nie o stratach i upadkach a ceny oferowanych mieszkań to jeszcze nie bezcen, bo jak pisze „GW”, „Mieszkania wreszcie są tańsze, ale nadal drogie”.
A cały tekst znajdziecie tutaj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

